Nigdy nie czułam się tak bezradna i nigdy nie było mi tak wszystko jedno.
Gdyby nagle w moim życiu znalazła się złota rybka, lampa Alladyna, wróżka od zębów spod poduszki, czy inne magiczne gówno, miałabym tylko jedno życzenie.
Chciałabym, aby słowa miały siłę sprawczą. Moje słowa.
W Biblii działało - mówisz masz, "i słowo się stało", bla bla bla. Dlaczego w życiu nie działa?
Tak bardzo chciałabym się teraz obudzić i uznać to za niezły dowcip fazy REM. Tak bardzo chciałabym nie mieć serca, albo chociaż wyłączyć opcję odczuwania.
Co więcej, kiedy sprzedawali mi w sklepie rozczarowania - kłamali. Wcale się nie uodparniasz z czasem. Zawsze tak samo boli, a co następne - to większe.
Chciałabym się schować gdzieś przed życiem i nigdy więcej się do niego nie zbliżać. Nie ma w nim nic. Zupełnie nic. Codziennie jest tak samo pusto i nie ma różnicy, czy to dzisiaj, wczoraj, czy za dwanaście lat. Tylko że życie to taki sprytny skurwiel, że będzie Ci robił nadzieję, z regularnością szwajcarskiego zegarka.
Poświęciłam w nim (całkiem krótkie było, wiem) mnóstwo czasu na działania na rzecz Jakiejś Ogólnej Poprawy. Nie swojego życia, ale wszystkich wokół. Tak przynajmniej mi się wydawało. Wierzyłam, że coś pozytywnego uda mi się zdziałać. Naiwnie. Bardzo, bo jak mogę zrobić cokolwiek dla innych, jeżeli dla siebie nie jestem w stanie. Ale chuj mi w dupę, jak mogę walczyć o dobro, powiedzmy, wielorybów - istot mimo wszystko całkiem mi odległych, jeżeli nie jestem w stanie zdziałać absolutnie nic dla dobra istot o wiele mi bliższych, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie.
Uwierz mi - nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo w Ciebie wierzyłam.
Gdyby nagle w moim życiu znalazła się złota rybka, lampa Alladyna, wróżka od zębów spod poduszki, czy inne magiczne gówno, miałabym tylko jedno życzenie.
Chciałabym, aby słowa miały siłę sprawczą. Moje słowa.
W Biblii działało - mówisz masz, "i słowo się stało", bla bla bla. Dlaczego w życiu nie działa?
Tak bardzo chciałabym się teraz obudzić i uznać to za niezły dowcip fazy REM. Tak bardzo chciałabym nie mieć serca, albo chociaż wyłączyć opcję odczuwania.
Co więcej, kiedy sprzedawali mi w sklepie rozczarowania - kłamali. Wcale się nie uodparniasz z czasem. Zawsze tak samo boli, a co następne - to większe.
Chciałabym się schować gdzieś przed życiem i nigdy więcej się do niego nie zbliżać. Nie ma w nim nic. Zupełnie nic. Codziennie jest tak samo pusto i nie ma różnicy, czy to dzisiaj, wczoraj, czy za dwanaście lat. Tylko że życie to taki sprytny skurwiel, że będzie Ci robił nadzieję, z regularnością szwajcarskiego zegarka.
Poświęciłam w nim (całkiem krótkie było, wiem) mnóstwo czasu na działania na rzecz Jakiejś Ogólnej Poprawy. Nie swojego życia, ale wszystkich wokół. Tak przynajmniej mi się wydawało. Wierzyłam, że coś pozytywnego uda mi się zdziałać. Naiwnie. Bardzo, bo jak mogę zrobić cokolwiek dla innych, jeżeli dla siebie nie jestem w stanie. Ale chuj mi w dupę, jak mogę walczyć o dobro, powiedzmy, wielorybów - istot mimo wszystko całkiem mi odległych, jeżeli nie jestem w stanie zdziałać absolutnie nic dla dobra istot o wiele mi bliższych, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie.
Uwierz mi - nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo w Ciebie wierzyłam.




