czwartek, 2 sierpnia 2007

Cóż to był za miesiąc.

Wróciłam tydzień temu ze swoich wojaży po Polsce i okolicach... jak było? Intensywnie, chociaż więcej było wypoczywania, niż pracy związanej z warsztatami. Mnóstwo nowych doświadczeń, kilka nowych znajomości, które mam zamiar rozwijać, długie wieczory zachęcające do przemyśleń i postanowienie przysłowiowego "wzięcia się w garść" w pewnej sprawie; trochę zainspirował mnie do tego artykuł w Harbingerze o prawdziwej wartości porażek, hehe. Zresztą, nawet na zdrowy rozsądek, zamiast się męczyć nad gdybaniem, lepiej zebrać się w sobie i zrobić krok do przodu, w najgorszym wypadku się potknę, nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu przecież.

Jestem mistrzynią ogólników! A teraz do rzeczy...

Cała trasa Warsaw Vegans zaczęła się pewną wtopą, w sumie nie z naszej winy - po staniu w deszczu na wylotówce na Toruń przez jakieś dwie/trzy godziny zrezygnowani musieliśmy przełożyć wyjazd na dzień później, zmieniając środek transportu na mniej zawodny pociąg. Na szczęście, ludzie w Toruniu byli dosyć wyrozumiali, i następnego dnia przedstawiliśmy im warsztaty połączone ze spoken wordem. Jak na debiut wyszło w miarę nieźle, dowiedziałam się kilku rzeczy, które mogłam wykorzystać przy następnych warsztatach - coś takiego działo się za każdym razem, i to było piękne - kształt warsztatów ewoluował, za każdym razem wyglądały inaczej, i wydaje mi się, że w Krzeszowicach przyjęły formę najbardziej zbliżoną do pożądanej.

Z Torunia w równie deszczową pogodę, jak w Warszawie, przyszło nam jechać do Gdańska na DIY fest. Po jakiejś godzinie zatrzymał się samochód z dziadkiem, babcią i wnuczką, i dowiózł nas do Tczewa, czy gdzieś tam. Całkiem sympatyczni ludzie, babcia była bardzo dowcipna i cięta. Sam fest... cóż. Mnóstwo pijanych dzieciaków i niemiła ochrona. Nie jestem wojownikiem ku czci abstynencji, alkohol doustnie przyjmuje, ale kurcze, bez przesady. Przesadne picie na wydarzeniu muzycznym wcale nie pomaga w pozytywnym (a szczerze mowiąc, w jakimkolwiek) odbiorze, i nie ogranicza się to tylko i wyłącznie do osoby pijącej.

Przyjechaliśmy do Gdańska nie mając zapewnionego żadnego noclegu, cudem udało nam się wpaść na chłopaka, który przenocował nas w sumie 3 (słownie: trzy) noce, karmił, oprowadzał po mieście, i kurcze, ze świecą takiego szukać. Mam nadzieję, że nadejdzie okazja się odwdzięczyć, bo w przeciągu tych trzech dni zjadłam więcej awokado, niż zjadam w przeciągu roku.

Postanowiłam wrócić na dwa dni do Warszawy - nie chciało mi się siedzieć nad morzem, kiedy pogoda nie dopisywała. Z domciu, przepakowana, wyruszyłam do Wrocławia i tam spotkaliśmy się ze znajomym i wznowiliśmy wspólną podróż. Autostop do Pragi okazał się być nie lada wyczynem - jechaliśmy we trójkę i tak wyszło, że musieliśmy się dzielić. Razem z dziewczyną kumpla z Wrocławia do Kudowy jechałyśmy razem z dwoma tirowcami, i z jednej strony, to naprawdę bardzo miło z ich strony, że nas ze sobą zabrali, ale z drugiej, nie wiem, czy jeszcze wsiądę do tira. Nie przepadam ani za tym, gdy się nazywa mnie laską, ani gdy co chwila domaga się ode mnie żywej konwersacji sformułowaniem "mówcie coś!", czy podobnym. Później, po przekroczeniu granicy, nie pomyśleliśmy zbytnio, i musieliśmy przejść cały Nachod i kawałek dalej, w sumie jakieś6km w ukrop, z ciężkimi bagażami, zanim dotarliśmy do stacji benzynowej. Po drodze próbowaliśmy łapać na Pragę, lecz szło nam mizernie. Dopiero po jakiejś godzinie na stacji benzynowej spadł nam z nieba koleś, który wziął nas wszystkich do Pragi, podwiózł tam, gdzie chcieliśmy, a gdy włączył radio w samochodzie, z głośników odezwał się Grammatik, później Armstrong, a na koniec Fatboy Slim. Miło.

W klubie Jet grał akurat What if Gods Lie, pytaliśmy załogantów, jednakże nikt nie chciał nas przenocować. Do Milady nie uderzaliśmy bo słyszałam, że po złych przejściach przyjmują tylko znajomych (jak się okazało później, trzeba było do nich wpaść, bo plotki okazały się nieprawdziwe). Skończyło się więc na spaniu w parku przez trzy noce, lecz nie było strasznie - niedaleko dworca głównego jest muzeum, jeśli dobrze zrozumiałam, wojska, i za nim mieści się nieduży park. Dojście jest ciężkie, bo cały czas wchodzi się pod górę, a na samym szczycie znajduje się coś jakby wieżyczka widokowa, i to właśnie w niej spaliśmy. Kilka razy przyszli turyści, ale nikt na nas nie narzekał. Ponieważ nie mieliśmy łazienki, nabrałam sprawności w kąpaniu się w umywalce, z naciskiem na zróżnicowanie technik w zależności od tego, czy to umywalka w centrum handlowym, KFC, czy Country Life. Nauczyłam się przez te trzy dni przestać wstydzić się brudu, co mnie w sumie bardzo cieszy i uważam te trzy dni za cenną lekcję.

Sama Praga jest pięknym miastem, i nikogo to stwierdzenie nie zaskoczy. Ciągłe wchodzenie pod górę nie jest po pewnym czasie aż tak uciążliwe, jest kilka ładnych parków, oraz całe mnóstwo pięknych kamienic, nie tylko na rynku. Akurat w czasie naszego pobytu odbywał się festiwal rzeźb i w różnych miejscach miasta natknąć się można było na dzieła sztuki, w większości szczerze mówiąc beznadziejne, z jednym wyjątkiem, którego jednak, dziwnym trafem, na zdjęciu nie mam. Rzeźba była po prostu pustym oknem, bardzo rozciągniętym, i przez taką formę artysta wprowadził całą przestrzeń dokoła w jej ramy - gdy patrzyłaś przez nią, wystarczała nieduża zmiana perspektywy, aby widok kompletnie się zmieniał. Pytanie o związek człowieka z przestrzenią, która go otacza, jest cały czas aktualne.

Nie można nie być w Pradze i nie odwiedzić Country Life, a nam się udało odwiedzać tą restaurację codziennie. Sklep również - ceny wegańskich specjałów mają niższe, niż rodzime Greenplanet, a wybór większy. Ech, te wszystkie rodzaje tofu, deserki z mleka sojowego, ryżowego, owsianego, każdy rodzaj w kilku smakach, jogurty i budynie...

Nie mogłam się zebrać, żeby przed wyjazdem obejrzeć ekspozycję Muchy w Narodowym, na szczęście odwiedziliśmy w Pradze jego muzeum. Szczerze mówiąc, "muzeum" to zbyt duże słowo, była to ekspozycja zajmująca całe piętro w kamienicy. Mimo to, bardzo się cieszę, że miałam okazję zobaczyć tyle jego prac - w większości małoformatowych, jednak zobaczyłam to, na co się nastawiałam.

Czwartego dnia, będąc na ciastkach w Country Life, spotkaliśmy grupę z Wawy, udającą się na Fluff Fest, i postanowiliśmy jechać z nimi pociągiem do Rokicany. Na miejscu przywitała nas niezła burza, oczywiście już po rozstawieniu namiotów, ale co cię nie zabije, to cię wzmocni, i noc upłynęła już spokojnie. Sam festiwal odbieram pozytywnie, może poza ilością śmieci i wydarzeń poza muzycznych. Spotkałam koleżankę z Łotwy, której nie widziałam, jak nietrudno zgadnąć, bardzo długo. W znaczący sposób poszerzyłam swoje horyzonty muzyczne - z czystym sumieniem polecić mogę These Arms Are Snakes, La Quiete, Kaospilot czy Louise Cyphre. Najadłam się wegańskimi lodami włoskimi i nektarynkami. Zasmuciło mnie nieco to, że na warsztatach pojawiło się tylko dziesięć osób - jak na festiwal takiej wielkości, spodziewałam się około dwa razy większej frekwencji. Cóż, widocznie po modzie na zaangażowanie nadeszła moda na lan$ 802% normy i nic ponad to. Z której strony by jednak nie patrzeć, konsumpcyjne podejście do muzyki nie należy do najmilej obserwowanych zjawisk.

A Converge ma u mnie mega minusa za to, ze dostałam w łeb i zniszczyły mi się okulary.

Z Fluff Festu do domu już droga z górki, w dużej mierze dzięki dobrym duszom, które zabrały od nas namiot oraz większość zbędnych bagaży. Rozleniwieni pojechaliśmy do Krakowa pociągiem, z nocną przygodą w postaci dwóch Portugalczyków, którzy postanowili w naszym przedziale kręcić haszysz. Do Krakowa dotarliśmy nieco przed siódmą, czyli dwie godziny później, niż planowo, i obudziliśmy znajomą Pawła stukaniem w okienko.

Krakowa nie miałam okazji zwiedzić, bardziej z lenistwa, niż z braku czasu, ale wpadłam na pikietę pod komisariatem w związku z niedawnymi wydarzeniami w Krasnymstawie, porozmawiałam o krakowskiej masie krytycznej i odwiedziłam Kawiarnię Naukową. Warsztaty w Krzeszowicach następnego dnia były najlepszymi, jakie nam się udało zrobić, mieliśmy też najliczniejszą publikę. Wszystko działo się w zeskłotowanej kilka miesięcy wcześniej synagodze. Miłym zakończeniem trasy był pomysł, na jaki wpadliśmy z tamtejszymi działaczami gdzieś o drugiej nad ranem, ale o tym w stosownym czasie. :)

Koniec końców, nie udało nam się odwiedzić Wiednia ani Bratysławy, do Łodzi zajrzymy w październiku, ale - tak, jak pisałam na początku - nie żałuję zbytnio, bo to, co widziałam, przeżyłam, i ludzie, których spotkałam, na długo utkną mi w pamięci. Mam nadzieję, że lekcje, które przez ten czas otrzymywałam, na długo zapadną mi w pamięci.

W sierpniu, ponieważ zaczęłam pracę, nie zdołam odwiedzić obozu antygranicznego, ale wpadnę na obóz FA oraz do Krzeszowic na festiwal kultury alternatywnej. Resztę czasu powinnam poświęcić nadrabianiu zaległości książkowych.

Acha, prawie bym zapomniała: trochę zdjęć. W sumie nic specjalnego.

2 komentarze:

Adam pisze...

Ani słowa o renegatach ;/

m. pisze...

Bo nie zasluzyliscie, proste. ;)