niedziela, 30 grudnia 2007

Zabrakło mi tytułu.

Wczoraj była taka ładna pogoda! W Parku Skaryszewskim mnóstwo ludzi na łyżwach, nieco na rowerach. Konkretnie zamarznięte sadzawki i zielona trawa. Mój pierwszy prawdziwy spacer od miesiąca.


Reszta tu.

środa, 26 grudnia 2007

Estonia. Hu hu!

Byłam w Tallinie na początku grudnia, ale dopiero teraz miałam czas, żeby coś tu wrzucić. W każdym razie miasto jest nieduże i ma bardzo miłe, przytulne lotnisko. Po polsku da się dogadać, mniej więcej.

Samo miast jest bardzo kontrastowe i składa się tak jakby z trzech części: starówki, gdzie pełno turystów, centrum, które nieco przypomina mi Helsinki, i gdzie też całkiem tłoczno, i całej reszty, która przypomina mi Warszawę, dużymi momentami warszawską Pragę, a koleżanka z którą mieszkałam w hostelu mówi, że Ryga dokładnie tak samo wygląda: rozpadające się kamienice, wystawki przesiąkniętych wodą mebli, i tym podobne.

W Rydze mają pkin taki sam, jak u nas.

W bardzo ładnym hostelu mieszkałam, stylizowanym na stary, stary dom. Gdzieś tam w galerii zdjęć jest foto fragmentu kuchni, a i tak podgrzewane podłogi w łazience (pod prysznicem też!!!!11) rządzą.

W jednym ze sklepów w stylu H&M sprzedają gumki do włosów z naturalnego futra. W ogóle to dużo tam futer. Brrr! Przynajmniej książki angielskojęzyczne tanio mają.

Wracałam do domu autokarem kilkanaście godzin z przesiadką w Rydze. Nie narzekam.

sobota, 1 grudnia 2007

You're just like everybody else.

Martyna powiedziała mi, że kiedyś była na koncercie hc, gdzie stojące obok niej dwie zadredzone i Bardzo Scenowe Dziewczyny ostentacyjnie obsmarowały jej dupę za "niescenowy" wygląd. "Skąd ona się wzięła? Z drzewa?". To tyle jeśli chodzi o moją tzw. "wiarę w scenę". Jesteś indywidualistką i nonkonformistką dopóki wyglądasz i zachowujesz się tak jak wszyscy inni na Super Koncercie. Jeśli jesteś chłopakiem, prawie nikt nie ocenia, jak moszujesz. Jeśli jesteś dziewczyną, każdy twój ruch będzie skrzętnie oceniony. Wygląd również. Pamiętacie Moshzillę?

Na forum.hc jest temat o kobietach na scenie. Bardzo miło się czyta, dopóki chłopcy nie zaczynają pisać rzeczy w stylu "wygląda nie najlepiej, ale nieźle śpiewa". Chyba nie o to w tym wątku chodziło, żeby oceniać uroki pań, tylko ich zdolności muzyczne i w ogóle zauważać istnienie kobiet w zespołach, prawda? Chłopców śpiewających w kapelach też najpierw po buzi oceniacie? Tak myślałam.

I tak coś, co zaczęło się jako pewien rodzaj buntu i niosło ze sobą pozytywny przekaz staje się powoli kolejną subkulturą, w której to wygląd i zgodność z pewnym rodzajem zachowania jest stawiana ponad wszystko. I żeby nie było - nie twierdzę, że wszędzie tak jest, i że każdego to dopadło. Po prostu mam wrażenie, że w wielu przypadkach nie wychodzi się poza teksty piosenek, w których to "każdy inny - wszyscy równi" czy "tolerancja naszą bronią", podczas gdy homofobia, seksizm czy hermetyczność cały czas są na porządku dziennym.

Zasucharzę pewnie dość mocno, ale co tam: http://www.yourscenesucks.com.

I kurcze, nie chcę wypaść na żadną frustratkę czy niedopchaną feministkę. Po prostu irytuje mnie to, że coś, co miało stanowić alternatywę dla przesiąkniętego -izmami społeczeństwa, samo nie jest w lepszej kondycji.

piątek, 30 listopada 2007

Zamiast pracować pisz bloga.

Na taki cytat wpadłam pisząc artykuł do pewnego miesięcznika:

Objectification reduces sensitivity. Thus cows are called beef or head of cattle, pigs become pork, sheep mutton. The screams are muted.. and living creatures become plastic wrapped packages.

i dowód:

In a lunch session at the slaughterhouse, a lamb jumped out of its pen and came unnoticed up to some slaughtermen who were sitting in a circle eating some sandwiches; the lamb approached and nibbled a small piece of lettuce that a man was holding in his hand. The men gave the lamb some more lettuce and when the lunch period was over they were so affected by the action of the lamb that not one of them was prepared to kill this creature, and it had to be sent away elsewhere - showing that within each human soul there is an element of pity, compassion and love in varying degrees. It is our duty to encourage the higher qualities to bloom and blossom wherever possible in each individual.


...na więcej niestety nie mam czasu, więc przemyśl sobie sama.

wtorek, 27 listopada 2007

Setny post!

Gratulacje i uznanie w komentarze proszę! A z tej okazji wrzucam materiał filmowy sobotniego happeningu. Mój operatorski debiut. Hyhy.

wtorek, 20 listopada 2007

Your songs will be braking no hearts again, swear...

Tak, przyznaję się bez bicia - ostatnio bardzo mało czasu mam wolnego. Nie narzekam oczywiście, wręcz przeciwnie. Czuję, że bez komputera bardzo mocno się rozwijam. Tym niemniej, mój blog nieco na tym cierpi, ale coś za coś. Nie wiem, kiedy będę miała wolnego więcej. Żeby jednak nie było tak smutno, to klip Hundred Reasons:


poniedziałek, 12 listopada 2007

Buy Nothing Day 2007!

Co najmniej trzy osoby zostały zadeptane na śmierć w południowo-zachodnich Chinach, gdy tłum klientów zaatakował supermarket, w którym rozpoczęła się wyprzedaż towarów. 31 osób zostało ciężko rannych.

Do wydarzenia doszło w mieście Chongqing w sobotę rano w markecie sieci Carrefour, gdzie rozpoczynała się akcja wyprzedaży. Tłum czekał przed sklepem od godziny czwartej rano - gdy otworzono drzwi, rzucił się w kierunku półek, przewracając i zadeptując słabsze osoby. Stan siedmiu ludzi, z 31 rannych, określono jako bardzo poważny.

Tymczasem 24 listopada znów czas na...

Dzień Bez Kupowania!

Poczytaj o nim tutaj i tutaj.

piątek, 9 listopada 2007

Ślad dla potomnych.


Biedni ci studenci mieszkający w Rivierze... może jakaś zbiórka na środki czystości?

wtorek, 6 listopada 2007

Myślenie przyszłościowe.

Siedząc w pracy i przeglądając wyniki w Google dla zapytania "mapa Polski" ujrzałam...

Bez komentarza. ;)

A tak przy okazji, to pozdro dla harce. Tak mi się nagle skojarzył.

piątek, 2 listopada 2007

Żeby nie było tak pesymistycznie...

...wrzucam zdjęcie, jakie zrobiłam kilka miesięcy temu w Parku Skaryszewskim. W ogóle bardzo lubię ten park - dopiero po kilku latach mieszkania w jego okolicy czuję, że go dobrze poznałam. Na zdjęcie wpadłam, przeglądając ukryte galerie na swoim profilu w Picasaweb. Nic rewelacyjnego, ale poprawia mi humor - w końcu zima się zbliża, zielonych drzew już nie uraczysz.


czwartek, 1 listopada 2007

poniedziałek, 29 października 2007

Larwy szczęścia.

Bardzo przepraszam, ale inaczej mi się ten tytuł nie kojarzy. Za każdym razem gdy przechodzę przejściem podziemnym pod Rotundą i widzę atakujące mnie z każdej strony olbrzymie mordki aktorzyn spełniających się w tym serialu, nie jestem w stanie dojrzeć w jego logu żadnego B. Tylko wielkie L.


Cokolwiek, niedobrze mi.

niedziela, 28 października 2007

Szukamy domu dla kotka II

Nie trzeba było (niestety) długo czekać, i wczoraj wieczorem znów w naszym biurze ktoś zamieszkał. Tym razem kotka, około pół roczna. W porównaniu do Miszy (poprzedniego malucha) jest bardzo, bardzo spokojna, i lubi pieszczoty. :) Do tego jest nieśmiała, trudno więc zrobić jej ładne zdjęcie. Poniżej najlepsze z dzisiejszej sesji:


Postaram się zrobić jakieś lepsze po weekendzie.

Jeśli chcesz ją przygarnąć, pisz na marta [@] viva.org.pl

wtorek, 23 października 2007

Przygody z freeganizmem.

Wcześniej czy później musiało do tego dojść. Na razie jest dość skromnie, ale dopiero zaczynamy. Za jakiś czas pewnie baner zachce nam się zrobić, czy coś. Anyway, są już jakieś przepisy, więc można zacząć się chwalić.

Będziemy pisać nie tylko o jedzeniu - chcielibyśmy popularyzować też samą ideę friganizmu, przy okazji się rozwijając. Zapraszam na Darmową Zupę. :)


Ps. Właśnie odezwał się do mnie na gygy znajomy z wydziału, zachwycony poniższym poematem. Uroczy, więc wklejam, zdając sobie sprawę doskonale, że od czapy jest:

haikus are easy
but sometimes they don't make sense
refrigerator

niedziela, 21 października 2007

Dam mu na imię Stefan.

Znalazłam na pomidorze kilka dni temu. Jak dla mnie to twór z innego wymiaru. I te fikuśne wypustki zakończone czarnymi kuleczkami. Przychodzi mi na myśl rafa koralowa.


sobota, 13 października 2007

*tu wstaw dowcipny tytuł*

Byliśmy wczoraj z Kubą na ciuchach na Wiatracznej, i trafiliśmy na wyprzedaż - 14zł/kg nie zdarza się w Warszawie zbyt często. Kurczę, miałam nosa! Pomiędzy męskimi ciuchami znaleźliśmy koszulki The Used i Bullet For My Valentine - pierwszą w kilku egzemplarzach, super pro, banan na twarzy.

Wpadłam też na fajny pomysł, który mam nadzieję w przeciągu kilku miesięcy zrealizować, ale na razie wolę się nie zdradzać - być może mi się odwidzi, być może nie będzie mi się chciało, nadam więc temu formę niespodzianki.

Mogłabym dużo pisać o tym, jak fantastyczne są lumpeksy, ale w sumie wszyscy o tym wiedzą, nie ma więc sensu nosić drewna do lasu. Pochwalę się tylko tym, że wszystkie swoje feministyczne koszulki mam właśnie stamtąd.

Aha, z ostatniej chwili - Konrad (i w sumie nie tylko, bo gorąco polecam), mój ulubiony marcepan jest właśnie z Hildebranda. Ale ze mnie ślepak, nie wiedziałam przez tyle czasu, co jem. To bardzo nieodpowiedzialne zachowanie... znaczy się, na wegana. ;) Weź się tam do nich uśmiechnij, udając zaginionego przed wojną krewnego, i załatw mi cały karton marcepanu. Albo ciężarówkę.

środa, 3 października 2007

Żartowałam.

Tak, szybko mi przeszła fascynacja różem tamtego szablonu. W każdym razie, obecnie coś bardziej user friendly. :)

A dzięki wynikom ankiety dowiedziałam się, że różowy jest... cóż, różowy. I do tego ble. Dla mnie był nowym czarnym - i tak jak z czarnym, nie powinno się z różem przesadzać. Dlatego postanowiłam znów zmienić szablon bloga. Tym razem raczej na dłużej.

No proszę jak śmiesznie.

Donald Tusk ogłosił wczoraj (gazeta.pl), że polski rząd musi zapewnić Polakom dobrobyt, co rozwinął kontynuując, że każdy Polak powinien móc spełnić swoje marzenia, tj. mieć własne mieszkanie oraz własny samochód.

Wow. Nie tak rozumiałam dobrobyt. Wydawało mi się zawsze, że dobrobyt - jak samo słowo sugeruje - opiera się na BYCIU a nie na POSIADANIU. Opiera się na byciu - stanowi więc kompleks różnych czynników i nie chodzi tylko o to, aby mieć świetną sytuację materialną. Oczywiście, miło się myśli o mieszkaniu w centrum miasta albo gdzieś na jakimś strzeżonym osiedlu czy o samochodzie który zawiezie nas spod domu prostu pod drzwi wejściowe do pracy. Tym niemniej bycie to coś więcej - to również relacje z otaczającym jednostkę środowiskiem.

I tak np. o ile dobry samochód może zwiększyć dobroSTAN człowieka, to jeśli każdy ma mieć samochód, negatywny wpływ tych maszyn na środowisko w znaczny sposób obniża dobroBYT (nie tylko ludzki - nie jesteśmy jedynymi jednostkami odczuwającymi). PO chce cudu gospodarczego dla Polski, podczas gdy - patrząc długofalowo - to nie cud gospodarczy jest potrzebny.

Niepokojące jest żerowanie PO na ludzkim egoizmie.

No ale to kampania wyborcza, więc czym ja się w ogóle przejmuje. I do tego pewnie się powtarzam. Idę na śniadanie więc.

Aha, a co z moimi marzeniami, panie Tusk? Marzy mi się rozwinięta komunikacja miejska oraz zakaz wjazdu samochodów do centrum miasta. Marzą mi się również parkingi rowerowe oraz 3-4 nowe parki w Warszawie (w centrum, oczywiście). Marzy mi się krajowy zakaz występowania cyrków ze zwierzętami oraz usunięcie z kraju chowu przemysłowego. W ogóle marzy mi się życie bez państwa. I co teraz?

Ok, miałam się tym nie przejmować.

środa, 26 września 2007

Szukamy domu dla kotka.

Ten prześliczny szkrab trafił do Vivy wczoraj i szukamy dla niego domu. Jest bardzo młody, nie wiem niestety, ile ma dokładnie tygodni/miesięcy. Umie się załatwiać do kuwety i nie jest złośliwy, lubi się bawić, ale potrafi się zająć sobą. Dwie godziny dzisiaj spał mi w pracy na kolanach. :)

Jeśli ktoś chciałby dać mu dom, niech pisze na pawel [@] viva.org.pl

sobota, 22 września 2007

Terrordrom Breslau i Miasto Doznań

Zaległości, zaległości, a mi się tak nie chciało absolutnie nic... Ok, mniejsza.

W zeszłym tygodniu udałam się do Wrocławia na Targi Zoobotanika (czw-sb) a w niedzielę uderzyłam do Poznania na koncert Gorilla Biscuits. I - żeby się nie rozwodzić zbytnio - jedno i drugie diabelnie mnie zawiodło.

We Wrocławiu w Hali Ludowej znalazły się konie, źrebak, świnia, koza, 6-cio tygodniowe króliki, mnóstwo kotów, psów, myszy, węży, kameleony i inne płazy i gady (podobno był też krokodyl), no i rybki. I tym ostatnim było chyba najlepiej. Kto wpadł na pomysł przyprowadzenia do nie ogrzewanej hali, pomiędzy mnóstwo ludzi i wciśnięcia w małe boksy konie - nie mam pojęcia. To samo tyczy się zamknięcia w pseudo zagrodzie źrebaka razem ze świnią i kozą - zwierzęta drugiego dnia już przestały się lubić i podgryzały; gdy przyszłam rano przed właścicielami stoiska musiałam uwalniać kozie głowę spomiędzy desek ogrodzenia. Gdyby zaklinowała się wieczorem do rana z pewnością by się udusiła.

Słowem: skandal. I pomimo próśb organizatorów o nie sprzedawanie zwierząt w trakcie targów (wiadomo, że są to decyzje impulsywne, nieprzemyślane, i często nieodpowiedzialne, a co się dzieje ze zwierzętami z tego typu zakupów - domyślcie się sami), to widziałam sprzedaż pająków i myszy. Śmiem przypuszczać, iż był to wierzchołek góry lodowej - hodowców kotów było na pęczki; kilku z nich miało zbyt młode kocięta (odstawiać od matek wolno dopiero po ukończeniu 3mcy, nie wcześniej). Strasznie się zasmuciłam całymi tymi targami i nie wiem, czy chcę uczestniczyć w następnych. Z jednej strony organizacje prozwierzęce są potrzebne w miejscach tego typu właśnie po to, aby kontrolować sytuację. Z drugiej storny - jestem przeciwna obecości zwierząt na tego typu wydarzeniach w ogóle; zbyt bardzo się poza tym denerwuję, gdy muszę rzeczy tego typu oglądać i widzieć awantury pani od stoiska ze źrebakiem, że jej Straż dla Zwierząt każe wodę zwierzętom zapewnić.

Przynajmniej Wrocław nocą jest wart zachodu. I ogród japoński też.










Poznań to natomiast bardzo sympatyczne miasto. Prawdopodobnie to wina niedzielnego popołudnia, ale było tak cicho i spokojnie w porównaniu z Wrocławiem... Ponad godzinę siedziałam nad rzeką (w odróżnieniu od Wisły Warta nie śmierdzi). Sam koncert... cóż, nieuważnie czytam forum hc.pl i nie zauważyłam, że Waterdown nie zagra (dla mnie to typowe). Znałam tylko jedną osobę na wszystkich, którzy przyszli na gig, GB zagrali za krótko, nagłośnienie mi nie odpowiadało, wracałam skrajnie nieywgodnym busem... ok, starczy narzekania.

Mam wrażenie, że nie jestem jedyną osobą, którą koncert GB zawiódł. Cóż, życie. O wiele lepiej będę bawić się na urodzinowym koncercie Roberta z Refuse - znów zobaczę Złodziei Rowerów.

Albo na tym gigu (wybiera się ktoś z Wawy?).


Ps. Wszystkie zdjęcia znajdują się tu. Galerię z targów stworzę osobno. Chyba - strasznie mi się ręce trzęsły i większość zdjęć jest porozmazywana.

środa, 19 września 2007

Voila!

...oto i nowy szablon. Fajny ten blogger template, łatwo i przyjemnie można wszystko pozmieniać, nawet ankietę wrzuciłam. Nie mogłam się oprzeć temu kolorowi.

Wpis z dedykacją dla Adama!

poniedziałek, 17 września 2007

Problemy techniczne.

Um... mam jakieś problemy z moim blogowym template; pliki css i js poznikały z serwerów - tak to jest, gdy korzysta się z gotowych szablonów. Spróbuję coś z tym zdziałać pewnie pod koniec tygodnia. W tej chwili natomiast próbuję zabić w zarodku chorobę, napisać kilka tekstów do drugiego numeru Alethei i w ogóle dokończyć naszą stronę internetową. Poza tym, dosyć dawno nie byłam na dłużej w domu i chciałabym sobie trochę tyłek nad cerowaniem skarpek pogrzać. Mam też jeszcze kilka problemów, które dla kogoś z zewnątrz najpewniej są dosyć błahe, ale mnie dość mocno okupują. Bez odbioru.

Suomi.

Ano, byłam w Finlandii na początku września, wróciłam w zeszłą niedzielę wieczorem. Siedziałam w Helsinkach, odwiedziłam Tampere oraz niedalekie lasy i jeziora. Woziłam się pociągami drugiej klasy i hipisowskim autokarem. Jadłam pół litra wegańskich lodów dziennie (najlepsze są owsiane ;)). Trochę mi smutno, że musiałam lecieć samolotem, ale mam nadzieję to jakoś ekologicznie zrównoważyć z czasem przez jakieś inne działania, tylko jeszcze nie wymyśliłam, co i jak.

Finlandia jest cholernie droga. I o ile wegańskie specjały typu mleko sojowe czy lody mają w przeliczeniu na polskie pieniądze cenę mniej więcej taką samą jak u nas, to np tofu kosztuje circa 12zł, podobnie z wegańskim serkiem w plasterkach (!). Zauważyłam ciekawe zjawisko - wegańscy turyści różnią się dosyć mocno od "zwykłych" turystów: zamiast zwiedzać widoki, zwiedzają supermarkety w poszukiwaniu wege pyszności. Szczerze mówiąc, dosyć do zabawne.

Żeby jednak nie było, odwiedziłam helsińskie muzeum sztuki współczesnej - Kiasma. Trafiłam akurat na wystawę "Time of the Storytellers" - sztuka współczesna republik post-sowieckich. Żałuję, że nie mam pamięci do nazwisk prezentowanych artystów, bo niektóre instalacje szalenie mi się podobały. Podobnie z wystawą "Landscape", w której jednak prezentowano głównie fińskich artystów. Zachwycił mnie pomysł całkowitego przekazania tworzenia dzieła sztuki naturze; pewien artysta chcąc uchwycić wiatr, który - jak twierdzi - jest niestety zupełnie niewidzialny, przywiązał do gałęzi drzew malutkie żaróweczki i robił im zdjęcia z długim czasem ekspozycji - światło kreśliło na zdjęciach linie, które - można tak stwierdzić - były w pewien sposób "uwidocznieniem" wiatru. Inny eksperyment to przywiązywanie markerów do końców gałęzi i stanie obok z dużą kartą papieru - drzewa malowały po niej z pomocą wiatru.

Kiasma to również teatr; akurat gdy wróciłam zaczynają się tam dwa całkiem ciekawe festiwale i szkoda mi, że nie mogłam wziąć w nich udziału. W każdym razie, sam budynek muzeum jest przepiękny! Niestety, nie udało mi się zrobić dobrych zdjęć, ale na stronie muzeum można znaleźć jakieś. Przestrzeń robi naprawdę świetne wrażenie - na same wejście opadła mi szczęka. ;)

Same Helsinki (podobnie jak cała Finlandia) są bardzo nowoczesne. Robi to wrażenie, jednakże dla mnie jest to miasto bez wyrazu. O wiele bardziej podobała mi się stolica Szwecji.

Ok, zdjęcia z wyjazdu znajdują się tu (albo znajdą się niedługo - wrzucanie ich trochę trwa). Nie jestem z nich wybitnie zadowolona. Będąc szczerą, w ogóle mnie nie satysfakcjonują.

poniedziałek, 3 września 2007

Masoni atakują.

Śmieszną rzecz dzisiaj widziałam. Jadąc do pracy, rowerkiem jak zwykle, mijając olbrzymie korki, jakie powstały po ponadplanowym zamknięciem torowiska (a co za tym idzie również dwóch pasów jezdni) na Waszyngtona, między rondem a Wiatraczną, natknęłam się na dwóch członków młodzieżówki PiS, trzymających taki oto napis:


Cóż, jest to tania i niezbyt trafiona akcja propagandowa. Jakby ktoś nie pamiętał, to śpieszę z przypomnieniem, że Kaczyński nie wybudował ani jednego mostu przez całą swoją kadencję.

A z innej beczki: czy PiS, czy PO, czy SLD, czy jakieś inne chujemuje, definicja "rozwoju" będzie wszędzie taka sama: nowe ulice (pod samochody), nowe centra handlowe, nowe inwestycje. Rudolf Giuliani miał bardzo podobną definicję postępu, kiedy niszczył (circa 2001) społeczne ogródki w Nowym Jorku. Dwaj młodzi panowie z PiSu nie zdawali sobie chyba sprawy z tego, że niezależnie od tego, czy lewica czy prawica, to podejście do rozwoju miasta jest mniej więcej takie samo. I że PiS na pewno nie ma w planach szeroko zakrojonego programu promocji alternatywnych dla samochodu metod transportu. Nie zamknie centrum miasta dla samochodów. Nie stworzy sieci parkingów rowerowych. Nie zmniejszy poziomu noise pollution. Nie zachęci ludzi do zostawienia samochodu w garażu czy pod blokiem i pojechania do pracy/na zakupy autobusem. A już na pewno nie powrócą trolejbusy.

Miałam ochotę z młodzieńcami na ten temat podyskutować, ale spóźniłabym się do pracy. Ot, słaba wymówka. Tym niemniej fakt, że tego odcinka Waszyngtona nie mieli rozkopywać, z tego co się orientuję. Zamknięta dla tramwajów jest nie tylko ta ulica, lecz również cała Zieleniecka - a tam jak zrobi się korek, to i 20 minut można autobusem jechać. We Wrocławiu potrafią tak połączyć tramwaj, że jeden wagon otwiera się na lewo, a drugi na prawo, i motorniczy zamiast po linii zamkniętej, jeździ po linii otwartej w tą i z powrotem. Takie proste! Ale dla Warszawy zbyt skomplikowane. Po co ludziom życie ułatwiać.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Letni obóz FA

Strasznie nie chciałam, ale musiałam z różnych powodów wrócić do domu, podczas gdy wszyscy inni świetnie się tam na letnim obozie bawią.

Chciałabym, przy okazji, wyjaśnić pewną sprawę: TAK, anarchiści grają wieczorem przy ognisku w głuchy telefon, co więcej, lubimy również "raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy!", siatkówkę, grę w kolanko, wspólne gotowanie, kąpiele w zimnym strumyku o ósmej rano, zbieranie jeżyn oraz kulturalne dyskusje.




czwartek, 23 sierpnia 2007

Prawie na niego nadepnęłam.


Śmieszna dłoń.

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Moja nowa zajawka.

Ok, to dla mnie dosyć nietypowe. Postanowiłam nauczyć się czegoś nowego... Tak się składa, że strasznie wkręciłam się jakiś czas temu w jumpstyle. Ci, którzy wiedzą co to, i mnie znają, prawdopodobnie strasznie się teraz ze mnie śmieją. Cóż, bywa ;) Tym, którzy nie wiedzą, o co chodzi, przedstawiam poniższy klip z YouTube:



Albo ten. Albo ten. Albo ten. Ha! Mega oldskul!

...no dobrze, kmh, przestań się śmiać, ok? Już, już, spokojnie, oddychaj.

Jumpstyle to styl taneczny rodem z dyskotek, jest popularny w Danii, Anglii, również w Niemczech. Cytując Wszechmocną Wikipedię (poprawiwszy zawczasu błędy gramatyczne):

Jumpstyle - gatunek z Belgii charakteryzujący się bardzo skocznymi bitami w niektórych utworach przypominających psujące się urządzenie. Charakterystyczne dla tego gatunku są: mała ilość sampli oraz to, że echo sampli beatowych jest dłuższe od echa sampli pozostałych. Często bity te nie zawierają punktu kulminacyjnego tylko ich echo lub pozostałości.

W Polsce od pewnego czasu istnieje strona poświęcona temu tańcowi. Ludzie przysyłają domowej roboty filmiki, szkoda tylko, że nie ma na nich żadnych dziewczyn ...do czasu, hehe.

A jak już opanuję jumpstyle, to nauczę się c-walk!

piątek, 3 sierpnia 2007

Wysublimowane poczucie humoru Izby Gospodarczej "Polskie Mięso".

Kurwica mnie dzisiaj strzeliła. Zaznajamiając się z stroną IG "Polskie Mięso" postanowiłam odwiedzić dział "na wesoło", i nie ukrywam, oczekiwałam jakichś smaczków - głównie odnośnie podejścia przemysłu do zwierz..., o, przepraszam, surowców - ale to, co poczytałam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie tylko innym gatunkom się dostaje, kobiety też mogą sobie na swój temat poczytać. Zaraz ktoś stwierdzi, że dramatyzuję, ale instytucja tak poważna, jak Izba Gospodarcza, powinna wykazać się wyższym poziomem. Po tym, co zaprezentowali, nic już chyba nie zmieni mojego obrazu osoby z branży jako ograniczonego buca.

Enjoy.

Dyrektor zakładu mięsnego chciał pokazać Jasiowi co przekaże mu w spadku. Oprowadza więc go po zakładzie i podchodza do pierwszej maszyny:
- Popatrz synku to jest taka maszyna gdzie wkładasz barana a wychodzi parowka, rozumiesz?
Syn mysli i mysli i w końcu odpowiada:
- Tato, a powiedz mi czy jest taka maszyna gdzie najpierw wkłada się parowkę a potem wychodzi baran?
- Tak synu to twoja matka!

+++++

Przychodzi krowa do sklepu mięsnego, i mówi:
Poproszę 20 kg. maczki kostnej... A co jak szleć to szaleć!

+++++

Dlaczego nie ma mięsa? Świnie przy korytach, krowy w Lidze Kobiet, a woły pracują.

+++++

Nowa metoda uboju - pod tucznika podkłada się ładunek wybuchowy. Połowa leci na zachód, połowa na wschód, a Polaków krew zalewa.

+++++

O czym marzy polska świnia w drodze do rzeźni? Żeby choć jej serce pozostało w kraju.

A, i żeby nie było, oto ich strona internetowa.

czwartek, 2 sierpnia 2007

Cóż to był za miesiąc.

Wróciłam tydzień temu ze swoich wojaży po Polsce i okolicach... jak było? Intensywnie, chociaż więcej było wypoczywania, niż pracy związanej z warsztatami. Mnóstwo nowych doświadczeń, kilka nowych znajomości, które mam zamiar rozwijać, długie wieczory zachęcające do przemyśleń i postanowienie przysłowiowego "wzięcia się w garść" w pewnej sprawie; trochę zainspirował mnie do tego artykuł w Harbingerze o prawdziwej wartości porażek, hehe. Zresztą, nawet na zdrowy rozsądek, zamiast się męczyć nad gdybaniem, lepiej zebrać się w sobie i zrobić krok do przodu, w najgorszym wypadku się potknę, nie pierwszy i nie ostatni raz w życiu przecież.

Jestem mistrzynią ogólników! A teraz do rzeczy...

Cała trasa Warsaw Vegans zaczęła się pewną wtopą, w sumie nie z naszej winy - po staniu w deszczu na wylotówce na Toruń przez jakieś dwie/trzy godziny zrezygnowani musieliśmy przełożyć wyjazd na dzień później, zmieniając środek transportu na mniej zawodny pociąg. Na szczęście, ludzie w Toruniu byli dosyć wyrozumiali, i następnego dnia przedstawiliśmy im warsztaty połączone ze spoken wordem. Jak na debiut wyszło w miarę nieźle, dowiedziałam się kilku rzeczy, które mogłam wykorzystać przy następnych warsztatach - coś takiego działo się za każdym razem, i to było piękne - kształt warsztatów ewoluował, za każdym razem wyglądały inaczej, i wydaje mi się, że w Krzeszowicach przyjęły formę najbardziej zbliżoną do pożądanej.

Z Torunia w równie deszczową pogodę, jak w Warszawie, przyszło nam jechać do Gdańska na DIY fest. Po jakiejś godzinie zatrzymał się samochód z dziadkiem, babcią i wnuczką, i dowiózł nas do Tczewa, czy gdzieś tam. Całkiem sympatyczni ludzie, babcia była bardzo dowcipna i cięta. Sam fest... cóż. Mnóstwo pijanych dzieciaków i niemiła ochrona. Nie jestem wojownikiem ku czci abstynencji, alkohol doustnie przyjmuje, ale kurcze, bez przesady. Przesadne picie na wydarzeniu muzycznym wcale nie pomaga w pozytywnym (a szczerze mowiąc, w jakimkolwiek) odbiorze, i nie ogranicza się to tylko i wyłącznie do osoby pijącej.

Przyjechaliśmy do Gdańska nie mając zapewnionego żadnego noclegu, cudem udało nam się wpaść na chłopaka, który przenocował nas w sumie 3 (słownie: trzy) noce, karmił, oprowadzał po mieście, i kurcze, ze świecą takiego szukać. Mam nadzieję, że nadejdzie okazja się odwdzięczyć, bo w przeciągu tych trzech dni zjadłam więcej awokado, niż zjadam w przeciągu roku.

Postanowiłam wrócić na dwa dni do Warszawy - nie chciało mi się siedzieć nad morzem, kiedy pogoda nie dopisywała. Z domciu, przepakowana, wyruszyłam do Wrocławia i tam spotkaliśmy się ze znajomym i wznowiliśmy wspólną podróż. Autostop do Pragi okazał się być nie lada wyczynem - jechaliśmy we trójkę i tak wyszło, że musieliśmy się dzielić. Razem z dziewczyną kumpla z Wrocławia do Kudowy jechałyśmy razem z dwoma tirowcami, i z jednej strony, to naprawdę bardzo miło z ich strony, że nas ze sobą zabrali, ale z drugiej, nie wiem, czy jeszcze wsiądę do tira. Nie przepadam ani za tym, gdy się nazywa mnie laską, ani gdy co chwila domaga się ode mnie żywej konwersacji sformułowaniem "mówcie coś!", czy podobnym. Później, po przekroczeniu granicy, nie pomyśleliśmy zbytnio, i musieliśmy przejść cały Nachod i kawałek dalej, w sumie jakieś6km w ukrop, z ciężkimi bagażami, zanim dotarliśmy do stacji benzynowej. Po drodze próbowaliśmy łapać na Pragę, lecz szło nam mizernie. Dopiero po jakiejś godzinie na stacji benzynowej spadł nam z nieba koleś, który wziął nas wszystkich do Pragi, podwiózł tam, gdzie chcieliśmy, a gdy włączył radio w samochodzie, z głośników odezwał się Grammatik, później Armstrong, a na koniec Fatboy Slim. Miło.

W klubie Jet grał akurat What if Gods Lie, pytaliśmy załogantów, jednakże nikt nie chciał nas przenocować. Do Milady nie uderzaliśmy bo słyszałam, że po złych przejściach przyjmują tylko znajomych (jak się okazało później, trzeba było do nich wpaść, bo plotki okazały się nieprawdziwe). Skończyło się więc na spaniu w parku przez trzy noce, lecz nie było strasznie - niedaleko dworca głównego jest muzeum, jeśli dobrze zrozumiałam, wojska, i za nim mieści się nieduży park. Dojście jest ciężkie, bo cały czas wchodzi się pod górę, a na samym szczycie znajduje się coś jakby wieżyczka widokowa, i to właśnie w niej spaliśmy. Kilka razy przyszli turyści, ale nikt na nas nie narzekał. Ponieważ nie mieliśmy łazienki, nabrałam sprawności w kąpaniu się w umywalce, z naciskiem na zróżnicowanie technik w zależności od tego, czy to umywalka w centrum handlowym, KFC, czy Country Life. Nauczyłam się przez te trzy dni przestać wstydzić się brudu, co mnie w sumie bardzo cieszy i uważam te trzy dni za cenną lekcję.

Sama Praga jest pięknym miastem, i nikogo to stwierdzenie nie zaskoczy. Ciągłe wchodzenie pod górę nie jest po pewnym czasie aż tak uciążliwe, jest kilka ładnych parków, oraz całe mnóstwo pięknych kamienic, nie tylko na rynku. Akurat w czasie naszego pobytu odbywał się festiwal rzeźb i w różnych miejscach miasta natknąć się można było na dzieła sztuki, w większości szczerze mówiąc beznadziejne, z jednym wyjątkiem, którego jednak, dziwnym trafem, na zdjęciu nie mam. Rzeźba była po prostu pustym oknem, bardzo rozciągniętym, i przez taką formę artysta wprowadził całą przestrzeń dokoła w jej ramy - gdy patrzyłaś przez nią, wystarczała nieduża zmiana perspektywy, aby widok kompletnie się zmieniał. Pytanie o związek człowieka z przestrzenią, która go otacza, jest cały czas aktualne.

Nie można nie być w Pradze i nie odwiedzić Country Life, a nam się udało odwiedzać tą restaurację codziennie. Sklep również - ceny wegańskich specjałów mają niższe, niż rodzime Greenplanet, a wybór większy. Ech, te wszystkie rodzaje tofu, deserki z mleka sojowego, ryżowego, owsianego, każdy rodzaj w kilku smakach, jogurty i budynie...

Nie mogłam się zebrać, żeby przed wyjazdem obejrzeć ekspozycję Muchy w Narodowym, na szczęście odwiedziliśmy w Pradze jego muzeum. Szczerze mówiąc, "muzeum" to zbyt duże słowo, była to ekspozycja zajmująca całe piętro w kamienicy. Mimo to, bardzo się cieszę, że miałam okazję zobaczyć tyle jego prac - w większości małoformatowych, jednak zobaczyłam to, na co się nastawiałam.

Czwartego dnia, będąc na ciastkach w Country Life, spotkaliśmy grupę z Wawy, udającą się na Fluff Fest, i postanowiliśmy jechać z nimi pociągiem do Rokicany. Na miejscu przywitała nas niezła burza, oczywiście już po rozstawieniu namiotów, ale co cię nie zabije, to cię wzmocni, i noc upłynęła już spokojnie. Sam festiwal odbieram pozytywnie, może poza ilością śmieci i wydarzeń poza muzycznych. Spotkałam koleżankę z Łotwy, której nie widziałam, jak nietrudno zgadnąć, bardzo długo. W znaczący sposób poszerzyłam swoje horyzonty muzyczne - z czystym sumieniem polecić mogę These Arms Are Snakes, La Quiete, Kaospilot czy Louise Cyphre. Najadłam się wegańskimi lodami włoskimi i nektarynkami. Zasmuciło mnie nieco to, że na warsztatach pojawiło się tylko dziesięć osób - jak na festiwal takiej wielkości, spodziewałam się około dwa razy większej frekwencji. Cóż, widocznie po modzie na zaangażowanie nadeszła moda na lan$ 802% normy i nic ponad to. Z której strony by jednak nie patrzeć, konsumpcyjne podejście do muzyki nie należy do najmilej obserwowanych zjawisk.

A Converge ma u mnie mega minusa za to, ze dostałam w łeb i zniszczyły mi się okulary.

Z Fluff Festu do domu już droga z górki, w dużej mierze dzięki dobrym duszom, które zabrały od nas namiot oraz większość zbędnych bagaży. Rozleniwieni pojechaliśmy do Krakowa pociągiem, z nocną przygodą w postaci dwóch Portugalczyków, którzy postanowili w naszym przedziale kręcić haszysz. Do Krakowa dotarliśmy nieco przed siódmą, czyli dwie godziny później, niż planowo, i obudziliśmy znajomą Pawła stukaniem w okienko.

Krakowa nie miałam okazji zwiedzić, bardziej z lenistwa, niż z braku czasu, ale wpadłam na pikietę pod komisariatem w związku z niedawnymi wydarzeniami w Krasnymstawie, porozmawiałam o krakowskiej masie krytycznej i odwiedziłam Kawiarnię Naukową. Warsztaty w Krzeszowicach następnego dnia były najlepszymi, jakie nam się udało zrobić, mieliśmy też najliczniejszą publikę. Wszystko działo się w zeskłotowanej kilka miesięcy wcześniej synagodze. Miłym zakończeniem trasy był pomysł, na jaki wpadliśmy z tamtejszymi działaczami gdzieś o drugiej nad ranem, ale o tym w stosownym czasie. :)

Koniec końców, nie udało nam się odwiedzić Wiednia ani Bratysławy, do Łodzi zajrzymy w październiku, ale - tak, jak pisałam na początku - nie żałuję zbytnio, bo to, co widziałam, przeżyłam, i ludzie, których spotkałam, na długo utkną mi w pamięci. Mam nadzieję, że lekcje, które przez ten czas otrzymywałam, na długo zapadną mi w pamięci.

W sierpniu, ponieważ zaczęłam pracę, nie zdołam odwiedzić obozu antygranicznego, ale wpadnę na obóz FA oraz do Krzeszowic na festiwal kultury alternatywnej. Resztę czasu powinnam poświęcić nadrabianiu zaległości książkowych.

Acha, prawie bym zapomniała: trochę zdjęć. W sumie nic specjalnego.

środa, 4 lipca 2007

Anarchia kwitnąca na zielono!

Kolektyw warsaw vegans prezentuje



Kolektyw Warsaw Vegans prezentuje cykl warsztatów, spoken wordów dotyczących działań lokalnych, zielonego anarchizmu i miejskiego ogrodnictwa.

W założeniach całego przedsięwzięcia leży pokazanie bardziej holistycznego podejścia do polityki i anarchizmu, promocja działań na szczeblu lokalnym i zaprezentowanie mało znanego w naszym kraju zjawiska miejskiego ogrodnictwa jako przykładu takiej działalności.

Na warsztatach dotyczących miejskiego ogrodnictwa będziemy przybliżać różne podejścia do tego zjawiska, postaramy sie ukazać całą tą zajawkę od strony praktycznej, i udzielić możliwie wielu rad i odpowiedzi na ewentualne pytania, wszystko to będzie podparte merytoryką na papierze dostepną dla wszystkich.

Zapraszamy serdecznie!

Kiedy: 4.07.2007, godz. 18:00
Gdzie: TORUŃ, Przestrzeń Alternatywna LaLucza, ul.Podmurna 30/4

Kiedy: 13.07.2007, godz. 18:00
Gdzie: WROCŁAW, Centrum Inicjatyw Niezależnych, ul. Żeromskiego 82a

Kiedy: ?
Gdzie: Bratysława

Kiedy: ?
Gdzie: Wiedeń

Kiedy: ?
Gdzie: Praga

Kiedy: ? (między 20 a 25 lipca)
Gdzie: Krzeszowice

Kiedy: ? (między 22 a 25 lipca)
Gdzie: Łódź

Szczegóły odnośnie miast, gdzie data nie jest jeszcze sprecyzowana, pojawią się niedługo.


+++++

No, to cały lipiec mnie nie będzie. :) Miłych wakacji wszystkim, i do zobaczenia.

Wolne tłumaczenie. Coś nad czym dużo ostatnio myślałam.

AKCJA BEZPOŚREDNIA – Czym jest...

Nie traktuj tego jak podręcznik akcji bezpośredniej. Nie jest to wyłączny zbiór wskazówek na ten temat, zbiorów jest tysiące - każda książka ogrodnicza to poradnik akcji bezpośredniej, tak samo jak każda książka kucharska. Każda akcja, która omija przepisy, reprezentantów, władzę w celu dojścia do celu, to akcja bezpośrednia. W społeczeństwie, w którym moc polityczna, kapitał ekonomiczny i kontrola społeczna są scentralizowane w rękach elity, delikatnie mówiąc zniechęca się do pewnych form działań bezpośrednich. Tekst ten dotyczy właśnie ich, i skierowany jest do każdego, kto chce odzyskać kontrolę nad własnym życiem i przyjąć odpowiedzialność za swój udział w decydowaniu o losach ludzkości.

Dla cywila urodzonego w niewoli i wychowanego na spektaklu i poddaństwie działania bezpośrednie zmieniają wszystko. Rankowi, w którym wstaje i postanawia wcielić swój plan w życie, przyświeca zupełnie inne słońce - jeśli był w stanie spać w ogóle - a jego ciało, wyczulone na każdy szczegół otaczającego go świata, zawiera w sobie siłę potrzebną do jego zmian. Odnajduje w swoich towarzyszach dar ogromnej odwagi i pomysłowości. Wspólnie wkraczają na obcą ziemię, gdzie nikt nie jest w stanie przewidzieć wyników działania, ale wszystko jest możliwe i liczy się każda minuta.

Akcja bezpośrednia a przedstawicielstwo

Działanie bezpośrednie oznacza bezpośrednie zaspokajanie potrzeb zamiast polegania na przedstawicielach lub wybierania spośród z góry zarządzonych możliwości. Współcześnie termin ten odnosi się głównie do wykorzystywania nielegalnych technik protestu w celu wymuszenia decyzji na rządach i korporacjach - u podstaw nie różni się to zbytnio od głosowania czy prowadzenia kampanii; z tą różnicą, że akcje tego typu usuwają wszelkich pośredników i rozwiązują problemy bez mediatorów.

Potrzebujesz przykładów? Możesz przekazać pieniądze jakiejś organizacji charytatywnej, albo możesz sama zacząć lokalny oddział Jedzenia Zamiast Bomb i w ten sposób wykarmić siebie oraz innych głodnych ludzi. Możesz napisać pełen złości list do gazety, która nie zapewnia odpowiedniej uwagi tematom, które uważasz za bardzo ważne, albo możesz stworzyć własną gazetę. Możesz głosować na prezydenta miasta, który obiecuje rozpocząć nowy program pomocy bezdomnym, albo możesz zeskłotować nieużywane budynki i otworzyć je jako darmowe mieszkania dla każdego będącego w potrzebie. Możesz pisać listy do posłów z prośbą o zablokowanie projektu zezwalającego korporacjom na ścinanie drzew w wiekowych lasach, albo możesz - jeśli listy nie poskutkują - udać się do lasów i zapobiec wycince wspinając się na drzewa, blokując drogi, i niszcząc sprzęt.

Przeciwieństwem akcji bezpośredniej jest przedstawicielstwo. Istnieje wiele rodzajów "słów-przedstawicieli", służących reprezentowaniu idei i doświadczeń: widzowie telenowel pozwalają na to, aby ich własne nadzieje i obawy reprezentowane były przez nadzieje i obawy bohaterów; papież twierdzi, że reprezentuje Boga - ale najlepiej znanym przypadkiem reprezentowania jest współczesny system wyborczy. W tym społeczeństwie zachęca się nas myślenia, że głosowanie jest naszym głównym sposobem wpływania na rządzących i udział w społeczeństwie. Jednakże, czy ktoś głosuje na polityka wrzucając kartkę do urny wyborczej, banknotem na korporacyjny produkt, czy ubiorem na kulturę młodzieżową, głosowanie jest aktem odroczenia, w którym głosująca wybiera osobę lub system czy koncept mający reprezentować jej interesy. Jest to, mówiąc delikatnie, bardzo niesolidny i niewiarygodny sposób sprawowania władzy.

Porównajmy głosowanie z akcją bezpośrednią, w celu wyłuszczenia różnic między aktywnością z i bez pośredniczenia. Głosowanie to loteria: jeśli kandydat nie zostanie wybrany, cała energia włożona w popieranie go zostaje zmarnowana, jako że władza, jaka miała dostać się do jego rąk, idzie do kogoś innego. W przypadku akcji bezpośredniej możesz być pewna, że czyjaś praca przełoży się na realne rezultaty. Przynosi też coś, czego inna forma działania na pewno nie da - szacunek przeciwników.

Głosowanie skupia siłę całego społeczeństwa w rękach garstki jednostek; poprzez zwykłą siłę przyzwyczajenia, nie wspominając juz o innych wspomagaczach, wszyscy poza tą garstką utrzymywał są w pozycji zależności. W przypadku akcji bezpośredniej, ludzie wykorzystują własne zasoby i możliwości, odkrywając w trakcie czym one są, oraz jak wiele mogą osiągnąć.

Głosowanie zmusza wszystkich w ruchu do pogodzenia się z jedną platformą: koalicje walczą o kompromisy, każda z frakcji jest przekonana o tym, że jej rozwiązania są najlepsze i że to inni wszystko utrudniają nie zgadzając się z ich programem. Dużo energii marnuje się w trakcie tych dysput i wzajemnego obwiniania się. W przypadku akcji bezpośredniej ogólny konsensus nie jest wymagany: różne grupy przyjmują różne taktyki, zależnie od tego, w co wierzą i co jest dla nich wygodne, zwracając uwagę na wzajemne uzupełnianie wysiłków. Ludzie zajmujący się różnego rodzaju akcjami bezpośrednimi nie czują potrzeby sprzeczania się, chyba że naprawdę mają zupełnie przeciwne cele, lub gdy lata przyzwyczajenia do głosowania nauczyły ich walczyć z każdym, kto nie myśli tak samo, jak oni.

Konflikty związane z głosowaniem często odwracają uwagę od prawdziwych problemów, jako że ludzie gubią się w dramatyzmie walki partii, kandydatów, czy agend. W przypadku akcji bezpośredniej w centrum uwagi znajdują się ważne kwestie, każdej poświęcona jest uwaga i często znajduje się rozwiązanie.

Głosowanie możliwe jest tylko wtedy, kiedy nadchodzi czas wyborów, podczas gdy działania bezpośrednie mogą zostać przeprowadzone kiedykolwiek. Głosowanie przydatne jest tylko w przypadku odnoszenia się do tematów, które znajdują się obecnie na topie, podczas gdy akcja bezpośrednia dotyczyć może każdego aspektu twojego życia, w której części świata byś nie żyła. Akcja bezpośrednia jest bardziej ekonomiczna, niż głosowanie, prowadzenie kampanii czy zabieganie o głosy: jednostka osiągnie jednym banknotem cel, jaki kosztowałby kolektyw dziesięć takich banknotów, ngo - sto banknotów, korporację - tysiąc, a ministerstwo - dziesięć tysięcy.

Głosowanie czci się jako manifestację naszej domniemanej wolności. Nie jest to jednak wolność - wolność polega na samodzielnym określeniu, jakie masz w ogóle wybory, a nie decydowaniu pomiędzy Pepsi a Coca-Colą. Akcja bezpośrednia to prawdziwa rzecz: ty układasz plan, ty tworzysz opcje, możliwościom nie ma końca.

...I do czego się przydaje.

Akcja bezpośrednia nie musi być popularna, aby przynosić efekty. Sednem akcji jest akcja sama w sobie, a nie zastanawianie się nad opinią publiczną lub reakcją mediów. Ludzie wychowani w monokulturze demokratycznej zakładają, że głosowanie to alfa i omega uczestniczenia w społeczeństwie, i na tej podstawie uważają, że jedynym celem każdej formy aktywności politycznej jest przekonanie innych do jakiejś racji w celu zebrania grona wyborców. wynikiem tego jest niemożliwość dostrzeżenia bogatej różnorodności ról, jakie może spełniać działanie bezpośrednie. Ludzie tego pokroju są zawsze pierwsi w wyłuszczaniu negatywnego wpływu graffiti na publiczny wizerunek "Ruchu", lub jak indywidualne projekty artystyczne nie są stosowne do potrzeb Ludzi. Pomoc w "nawracaniu mas" jest tylko jedną z funkcji akcji bezpośredniej. Oto kilka innych.

Działanie bezpośrednie może najzwyczajniej rozwiązać jednostkowy problem: domownicy potrzebują jeść, więc jedzenie się uprawia, odzyskuje ze śmietników, lub kradnie; jakąś reklamę uznano za obraźliwą - jest więc usunięta lub "dostosowana"; grupa przyjaciół chce dowiedzieć się więcej o literaturze latynoamerykańskiej, powstaje więc kółko czytelnicze. Akcja bezpośrednia może być sposobem na wkład w społeczeństwo małej grupy: ludzie powinni się dowiedzieć o tym, że w okolicy grasuje gwałciciel, tworzy się więc i rozprowadza ulotki; policja nie spełnia swoich obowiązków (lub robi to aż zbyt gorliwie), powstaje więc program społecznej kontroli policjantów. Działania bezpośrednie to okazja dla małych grup na naukę współpracy w większej sieci: gospodarz nie zgadza się na remont czyjegoś mieszkania, więc inni mieszkańcy organizują strajk czynszowy.

Akcja bezpośrednia może służyć zmianie nastrojów społecznych całego narodu, ale może być również skierowana w małą, specyficzną grupę, na którą łatwiej wpłynąć: uliczne graffiti pewnie nie zostanie poważnie wzięte pod uwagę przez dorosłych z klasy średniej, ale część ich dzieci na pewno spojrzy na to jak na objawienie. Akcja bezpośrednia może być również wycelowana w korzyści odizolowanych jednostek raczej niż w mainstream: plakat ze sloganem "SZKODA ŻE BETON NIE MOŻE PŁONĄĆ" pewnie nie zostanie powszechnie doceniony, ale pomoże to innym, podzielającym tą opinię, poczuć, że nie są osamotnieni czy szaleni; może ich również zainspirować do przetworzenia cichego żalu w ekspresywne projekty.

Działania bezpośrednie mogą postawić na widoku grupę lub perspektywę, które w inny sposób nie miałyby możliwości na bycie dostrzeżonym; mogą również podkreślić możliwość istnienia punktu widzenia, który sprzeczny jest z ideami rządzących: wkładka w gazetę przekaże informacje, jakich mainstreamowe media na pewno nie będą chciały; w ten sam sposób rozbite korporacyjne szyby udowadniają, że nie każdy jest szczęśliwy żyjąc w systemie kapitalistycznym. Akcja bezpośrednia może podkreślić że realia, które wydają się niemożliwe do uniknięcia, są faktycznie możliwe do zmienienia: nielegalna impreza uliczna przemieniająca ulicę handlową w darmową przestrzeń imprezową udowadnia, że funkcja jakiejkolwiek przestrzeni jest do negocjowania. Działania bezpośrednie mogą uczynić życie mniej przewidywalnym, bardziej ekscytującym lub chociażby humorystycznym, zarówno dla uczestników, jak i widzów. Kiedy biznes jest, jak zwykle, uciskający i depresywny, zwykłe przerwanie go jest przysługa dla wszystkich.

Popularna czy nie, akcja bezpośrednia pozwala na przetrwanie ważnych idei w wiadomościach czy prywatnych rozmowach: sabotaż ekologicznie destrukcyjnej tamy może wywołać dyskusję o jej efektach, i nieważne jest w tym momencie czy ludzie popierają sam sabotaż. Działanie bezpośrednie może zadziałać jako forma nacisku politycznego czy społecznego: w latach osiemdziesiątych holenderscy skłotersi skazani na eksmisję zademonstrowali swoją siłę bezpośrednią kampanią wandalizmu, dzięki której Amsterdam przegrał możliwość hostowania Igrzysk Olimpijskich, i zyskali w ten sposób przewagę w targowaniu się z miastem o swoje domy. Akcja bezpośrednia może działać jak czynnik odstraszający: po demonstracjach w trakcie szczytu WTO w Seattle, jedynym państwem, które odważyło się organizować następny szczyt, był Katar. Ludzie, którzy w innych sytuacjach być może nie sprzeciwialiby się głośno wojennym poczynaniom swojego rządu mogą zacząć jeśli wiedzą, że wojna rozpocznie masowe demonstracje, które sparaliżują przemysł i namieszają w życiu codziennym.

Działania bezpośrednie mogą utrudniać korporacyjne nadużycia doprowadzając do strat finansowych: aktywiści walczący o prawa zwierząt doprowadzili kilka ferm futrzarskich do bankructwa przy pomocy wandalizmu, blokowania czy pikietowania. Mogą skompromitować czy unieszkodliwić niegodziwe organizacje, ukazując publice ich związek z przemocą i kłopotami: jeśli za każdym razem spotkanie grupy rasistowskiej kończy się zamieszkami ulicznymi, żadne miasto nie będzie skore wydać im pozwolenia na otwarte spotkania. Akcja bezpośrednia może polaryzować relację między przeciwnikami: jeśli ktoś nie potrafi przekonać, lub chociaż koegzystować ze swoimi adwersarzami, kampania oparta na prowokacji i wtrącaniu się może doprowadzić ich do paranoicznego ekstremizmu, który kompletnie ich wyalienuje.

Działania bezpośrednie mogą kreować nastroje: jeśli przez cały tydzień przed jakimś szczytem na mieście ukazują się w różnych miejscach banery a pirackie stacje radiowe szaleją, wszyscy uwierzą, że demonstracja w trakcie szczytu będzie historyczna - i to właśnie przekonanie uczyni ją taką. Mogą zademonstrować taktyki, jakie inni dostosują do własnych celów; przez lata taktyki te będą tyczyć się jakiejś mniejszości, dopóki nagle kryzys nie zacznie dotyczyć wszystkich. A kiedy to się zdarzy, fakt, że niektórzy mają już wprawę w takich działaniach, będzie zaletą dla wszystkich

Działania bezpośrednie mogą ocalić życie i zwrócić ludziom, którzy są w nie zaangażowani, ich godność oraz możliwość bezpośredniej konfrontacji z niesprawiedliwością, jak w przypadku akcji ALFu. Mogą stanowić najlepszą formę terapii, pomagając uczestnikom pokonać uczucie znudzenia, bezradności, i impotencji. Jeśli ktoś nic nie robi, wszystko wydaje się niemożliwe; gdy tylko w coś się zaangażuje, łatwiej wyobrazić sobie wszystkie możliwości oraz okazje.

Akcja bezpośrednia oferuje możliwość przetworzenia przekonań i życzeń jednostki w bezpośrednie doświadczenia. Nie myśl o tym, nie mów o tym, nie narzekaj - zrób to! Działania bezpośrednie pozwalają wykształcić w sobie zdrowy nawyk działania zamiast obserwowania. W tym pasywnym, spolaryzowanym społeczeństwie, bardzo potrzebujemy dobrze odżywiać nasze nawyki zaangażowania i uczestniczenia.

PROPAGANDA POPRZEZ UCZYNKI!

Pomoc wzajemna i zaangażowanie społeczne

Ktokolwiek, kto ma wprawę w działaniach bezpośrednich, potrafi zyskiwać bardzo dużo dzieląc się tym z innymi. Jest to przeciwność "nawracania" ludzi: oznacza to, że ludzie sami zdobywają moc, a nie zamieniają się w kogoś innego. Im bardziej uzdolniona każda jednostka czy grupa, tym więcej może zaoferować sobie i innym. Szerzenie umiejętności powiązanych z akcją bezpośrednią sprzyja pomocy wzajemnej oraz umniejsza hierarchię i ucisk: kiedy ludzie są równo poinformowani, wyposażeni, i potrafią podjąć inicjatywy, mają więcej możliwości w nauce o współpracy, a wolność i równość to naturalny rezultat.

Wobec tego, anarchiści i inni zwolennicy akcji bezpośredniej nie wydają rozkazów ani nie proponują przewodnictwa: akcja bezpośrednia to rzeczownik z przymiotnikiem, a nie czasownik z dopełnieniem! Zamiast tego, ukazują oni opcje poprzez autonomiczne działania, uważnie rozdając swoją wiedzę i doświadczenie.

Wiele osób, próbujących doedukować innych w niesprawiedliwościach popełniają błąd prezentowania mnóstwa informacji teoretycznych czy faktów bez proponowania pomysłów, co z nimi zrobić. Większość osób, przytłoczona przez fakty, zestawienia i złe wiadomości, z większym (a nie mniejszym) trudem podejmuje działania: w ten sposób prowokowanie działania poprzez zwiększenie świadomości często sam się sabotuje. Dlatego też warto przyjąć pewną zasadę - dla każdego problemu, jaki prezentujesz, tyle samo czasu poświęć na prezentację umiejętności, sugestii oraz pomysłów na akcje, ile na fakty i kreślenie tła. Podobna zasada - im bardziej porównujesz swoje okoliczności działania do innych osób, tym więcej te osoby mogą skorzystać z twoich sugestii czy pomysłów; im bardziej wasze życia się różnią, tym więcej skorzystasz na słuchaniu i uczeniu się raczej niż dostosowywaniu wszystkiego do własnych konwencji.

Zdarza się również, że ludzie zamieszani w działanie bezpośrednie tak bardzo chcą wydostać się spod władzy opresorów, że eskalują swoje zaangażowanie do takiego stopnia, że nikt inny nie jest w stanie się do nich dołączyć. Działa to oczywiście jako minus. Przy ustalaniu taktyki, ważne jest, aby spytać się siebie, do jakiego stopnia umożliwia to działanie innym, zamiast czynienia z innych jedynie widzów. Dla przykładu - czarny blok na protestach w Seattle w 1999 roku zaprezentował model, jaki został szybko zaadoptowany przez innych i używany wiele razy, aktywizując innych, podczas gdy taktyki Weather Underground z lat siedemdziesiątych być może były dosyć imponujące, ale nie były w stanie aktywizować tak wielu ludzi. Na dłuższą metę najskuteczniejsze taktyki opierają się na aktywizowaniu innych oraz "uzbrajaniu ich" w atrybuty odpowiednie do podjęcia walki. Ważne jest nadanie odpowiedniego tempa eskalacji działania, aby umożliwić nowym osobom stanie się uczestnikami szybciej, niż system jest w stanie ich unieruchomić: tak tworzy się pęd rewolucji. Twoim wrogom zależy najbardziej na odizolowaniu cię od wszystkich innych, którzy są niezadowoleni z tych samych powodów. Staraj się być otwarta i dostępna dla innych, aby mogli dołączyć się do ciebie, jeśli zechcą.

Różnorodność taktyk

Społeczności działające bezpośrednio często dręczone są konfliktami odnośnie wyboru najbardziej efektywnych i odpowiednich taktyk. Debaty tego typu są dosyć często niemożliwe do rozwiązania - i jest to dobre zjawisko! Zamiast kompromisu należy korzystać z różnorodnych możliwości działania, które często będą się wzajemnie dopełniać.

Zaakceptowanie bogactwa taktyk to zaakceptowanie różnorodności ludzi. Każda jednostka ma inną historię, i inne czynności uważa za znaczące i wyzwalające. Naleganie, aby wszyscy zgodzili się na jedno podejście jest aroganckie i krótkowzroczne - a do tego nierealistyczne: każda strategia, która zakłada, że wszyscy będą myśleć i działać tak samo, jest skazana na porażkę, z tego prostego powodu, że ludzie nie są tak prości i ulegli. Krytycy jakiegoś podejścia często zarzucają jego zwolennikom, że podejście to wykluczy potencjalnych uczestników, podczas gdy tak naprawdę im bardziej zróżnicowane taktyki wewnątrz ruchu, tym szerszy wachlarz ludzi może się do ruchu przyłączyć, uznając taktyki za zachęcające. Naturalnie, może zaistnieć potrzeba zdystansowania się od siebie różnych grup, ale nie musi być to czynione w duchu antagonistycznym.

Ruch stosujący różne taktyki ma większe zdolności adaptacyjne do zmieniającego się kontekstu. Ruch taki to swego rodzaju laboratorium, w którym testuje się różne metody działania; łatwo zauważyć te, które okażą się skuteczne, i naturalnie staną się one popularne. Jako że żadna z metod nie doprowadziła jeszcze do zakończenia kapitalizmu, każda z metod jest równie warta wypróbowania - być może jedna w końcu poskutkuje. Patrząc w ten sposób można stwierdzić, że ci, którzy stosują metody działania inne od twoich de facto robią ci przysługę, oszczędzając ci potrzeby ich testowania.

Różne taktyki, stosowane równolegle, uzupełniają się wzajemnie. Zbiór taktyk od łatwych i prostych (dzięki czemu więcej osób może się zaangażować) do bojowniczych i kontrowersyjnych może równocześnie zwracać uwagę, oferować możliwości dla osób chcących się zaangażować z własnym tempem oraz zapewnić tym, którzy się zaangażują, w potrzebne narzędzia. Akceptowanie różnorodności taktyk oznacza odejście od atakowania tych, którzy wybrali podejścia, jakie uważasz za nieefektywne, a zamiast tego pozwala na skoncentrowanie się na znalezieniu elementów pozwalających na uczynienie tych taktyk efektywnymi. W ten sposób przebudowuje się pytanie o strategię i osobistą odpowiedzialność - w każdych okolicznościach pytanie nie powinno brzmieć: co ktoś inny powinien robić, tylko: co ja mogę zrobić.

Ważność różnorodności taktyk przydaje się nie tylko tobie. Nie twierdź, że w nią wierzysz, a równocześnie nie przekonuj, że - w tym jednym przypadku, oczywiście - inni powinni uznać za priorytet twój pomysł. Docenianie wartości bogactwa taktyk oznacza uznanie faktu, że inni będą podejmować inne decyzje, oparte na własnym punkcie widzenia, oraz respektowanie ich decyzji w trakcie dyskusji.

Akceptowanie tego bogactwa oznacza ewolucję od myślenia w kategoriach istnienia tylko jednej racji do bardziej złożonego myślenia obejmującego myślenie niuansami. Staje to w szranki z hierarchiami wartości i władzy oraz podważa sztywne abstrakcje, takie jak "przemoc" czy "moralność".

Na koniec warto zwrócić uwagę na fakt, że bogactwo taktyk pozwala całkowicie różnym grupom zbudować trwałą solidarność, która oparta będzie na zaangażowaniu, współistnieniu i harmonii bardziej niż na ograniczaniu się do jedności przez kompromisy.

Tak samo, jak niektórzy krótkowzrocznie odrzucają taktyki inne niż własne jako nieefektywne, inni czują potrzebę rywalizacji w celu zdeterminowania, czyja taktyka jest najbardziej zaangażowana lub imponująca. Jednakże najbardziej teatralne zwycięstwa radykalnej akcji bezpośredniej są możliwe tylko dzięki wsparciu osób zaangażowanych w bardziej konwencjonalne metody, i vice versa. Ważne jest, żeby nie postrzegać taktyk jako istniejących w hierarchii wartości od pozbawionych ryzyka i przez to nieważnych do niebezpiecznych i chwalebnych, lecz raczej jako ekosystem, w którym każda pełni rolę nie do zastąpienia. Jako rewolucjoniści, naszą rolą w takim ekosystemie jest wykreowania harmonii, która pozwoli na obustronne wzbogacanie się; harmonii pomiędzy wysiłkami naszymi i innych, nawet jeśli część z innych osób będzie chciała tracić czas na współzawodnictwo z nami, ponieważ uważa, że "ma rację" lub "jest odważniejsza". Żadna taktyka nie będzie efektywna będąc jedyną; efektywne stają się dopiero wszystkie razem.

Legalna i nielegalna

Czasami akcja bezpośrednia oznacza złamanie prawa. W rzeczy samej, działania bezpośrednie są sposobem na renegocjowanie prawa, zarówno pisanego, jak i niepisanego. Kiedy ludzie działają według sumienia a nie konwencji, kiedy naruszają granice rozmyślnie i masowo, rzeczywistość może zostać przetworzona. Nie oznacza to, że ujdzie ci płazem łamanie prawa ponieważ przestaniesz nagle w nie wierzyć; ale jeśli wszyscy zaczną je łamać razem z tobą, dynamika się zmienia.

Osoby zajmujące się egzekwowaniem prawa są u łaski wielu czynników na raz. Ich praca polega na pilnowaniu przestrzegania prawa spisanego na papierze, chronienia władzy i własności oraz zapewnieniu przepływu ludzi i kapitału przez system prawno-penitencjarny. W tym samym czasie, do pewnego stopnia, są na łasce opinii publicznej, która - w znacznym stopniu - musi być przekonana o tym, że "spełniają swój obowiązek", ale nie przesadzają. Ogranicza ich też najzwyklejsza logistyka: jeśli 50 osób wybiegnie naraz z supermarketu bez płacenia, jeden policjant może liczyć na aresztowanie maksymalnie jednej, dwóch osób. Jakby nie patrzeć, są tylko ludźmi: mają delikatne ego, które muszą zaspokajać, mogą nie być szybko pojętni, ich infrastruktura jest często źle zorganizowana i nieudolna. Można ich zaskoczyć, rozproszyć, a nawet zdemoralizować.

Za każdym razem, gdy planujesz złamać prawo, weź pod uwagę wszystkie czynniki, które wpłyną na reakcję policji. "Legalne" i "nielegalne" nie są stałymi elementami kosmosu - są tak płynne, jak sam kontekst: jeśli cię nie przyłapią, to nie złamałeś prawa - zasada, którą zna każde dziecko i polityk. W przypadku działań bezpośrednich, prawa nie są materialne: jeśli to, co robisz, naprawdę jest wywrotowe, władze będą probowały cię zatrzymać bez różnicy, czy działasz legalnie, czy też nie - jeśli oczywiście mogą. Twoja liczebność, odwaga, przygotowanie i przewidywanie, twoje poświęcenie ww wspieraniu innych: to są twoje przepustki, twoja gwarancja, i nie potrzebujesz więcej.

Pewnego dnia, kiedy konflikt między ludźmi a władzą osiągnie moment szczytowy, wszystko, co będziemy robić, będzie nielegalne; być może wtedy odwaga i współpraca zwycięży nad strachem i tyranią, i złamiemy prawo raz na zawsze. W międzyczasie, każdy przypadek działania bezpośredniego, nieważne jak skromnego, tworzy mikrokosmos decydującego momentu, i jest potencjalnym nasieniem, które może kiełkować i rosnąć.

"Ale co, jeśli zostanę złapany?"
"Kurwa, już jesteś złapany! Lepiej się zastanów - co jeśli będziesz wolny?"

Kiedy uczestniczysz w niebezpiecznych wydarzeniach, ważne jest, aby nie posuwać się dalej, niż jesteś na to gotowa: jeśli zostaniesz ranna albo aresztowana, lub wpadniesz w inne tarapaty, angażując się bardziej, niż jesteś na to emocjonalnie gotowa, efekty mogą być osłabiające. O wiele lepiej zacząć powoli i nieco konserwatywnie, budując stale zaangażowanie w projekty działań bezpośrednich, które będzie trwać praktycznie do końca życia, niż z pośpiechem wpaść w akcję z dzikim oddaniem, przeżyć coś nieprzyjemnego, i zrezygnować z aktywności tego typu. Wybierz tempo odpowiednie dla siebie i wiedz, kiedy się wycofać, dzięki czemu będziesz mogła uczyć się i rozwijać swoje instynkty z bezpiecznej odległości. Uwierz lub nie, istnieją ludzie w kwiecie wieku, którzy przez całe życie walczyli z kapitalizmem, nie dając się złapać ani razu. Rzućmy wyzwanie sobie i światu, ryzykujmy i przekraczajmy granice, ale róbmy to świadomie i ostrożnie, jako część długoterminowego procesu, aby doświadczenia, jakie w międzyczasie zdobywamy, nie zmarnowały się!

Pielęgnowanie społeczności wokół akcji bezpośredniej

Chociaż nic nigdy nie jest proste, przyjmijmy, że istnieją cztery podstawowe elementy, bez których społeczność nie będzie świadoma swojej mocy i nie nabędzie nawyku korzystania z niej. Po pierwsze, potrzebna jest garść jednostek, chętnych poświęcenia się dla działania bezpośredniego, pomocy wzajemnej, i rewolucyjnej zmiany społecznej, traktując je jako życiowe projekty. Zapewnienie ochrony dla wymuszeń w postaci służebnictwa, niedostatków, i alienacji wymaga pełnoetatowej pracy, konsumpcji, oraz wiary milionów. Za każdym razem, kiedy nawet kilkoro z nas przestaje inwestować w przedłużanie tego systemu i próbuje stworzyć coś poza nim, cudowne rzeczy mogą się wydarzyć.

Po drugie, akcja bezpośrednia musi zostać wykorzystana dla zapewnienia podstawowych potrzeb w sposób, który promuje niezależność i buduje sieć współpracy i zaufania. Może to oznaczać rozdawanie darmowych posiłków w parku, zatrzymanie eksmisji siłą, lub organizowanie radykalnych koncertów i wydarzeń towarzyskich - potrzeba rozrywki i przyjacielskiej atmosfery jest nie mniej fundamentalna niż potrzeba jedzenia i dachu nad głową. Im łatwiej ludziom konfrontować się z własnymi potrzebami, razem, tym mniej potrzebują systemu kapitalistycznego i warunkowych rozwiązań, jakie on oferuje - tym więcej też mogą inwestować w budowanie alternatyw.

Po trzecie, siła działań bezpośrednich musi być zademonstrowana w ekscytujący, dostępny, interaktywny sposób. Zamiast ograniczania działań bezpośrednich do jednej subkultury, ludzie, którzy je doceniają, powinni starać się zachęcić do działania osoby z każdej ścieżki życia, zaczynając od najbliższych sobie środowisk. Każdy, kto zaangażowany jest w takie demonstracje, powinien zdobywać doświadczenia pokazujące mu możliwość zupełnie innego życia. Aby to się mogło zdarzyć, charakter każdej demonstracji musi zależeć od potrzeb i okoliczności tych, którzy w niej uczestniczą: klasa znudzonych, buntowniczych licealistów może odkryć swoją siłę jako grupy inscenizując strajk, podczas gdy mieszkańcy jakiegoś osiedla mogą doświadczyć czegoś podobnego zajmując się społecznym ogrodem. Wszystkie wydarzenia i ich konteksty są dojrzałe do zmian w bezpośrednie działania uczestniczące, jakkolwiek beznadziejnie represywne mogą się wydawać: przemówienie na sztywnej ceremonii może być płynie przekształcone w huragan kreatywnego nękania pytaniami, tak samo jak tłum posłusznych konsumentów na koncercie może wyjść na ulice w nielegalnym marszu - wystarczy, by kilka jednostek wykorzystało pewnie możliwości we wcześniej nie wykorzystany, zaraźliwy sposób. Demonstracje te nie powinny być po prostu odizolowanymi zdarzeniami: powinny w miarę łatwo dać się połączyć przez zainspirowane jednostki w trwałe projekty i społeczności, które mogą je rozwijać i nadawać im nowy kształt.

Na koniec, należy stworzyć atmosferę prowokującą ciekawość, budującą pęd, i zarządzająca morale. Gdziekolwiek znajdują się ludzie, powinni znajdywać dowody na to, że coś się święci, że niedługo nadejdzie czas na wielkie zmiany. Temat akcji bezpośredniej, jakkolwiek kontrowersyjnej, powinien być na wszystkich językach, a jej treść nagryzmolona na każdej ścianie i zatrudniona w każdym miejscu pracy. Dzikie spekulacje, szeptane pogłoski, sekretne zaproszenia, pasjonujące krucjaty, epickie wygrane, niespodzianki, napięcie, dramat, przygoda: to narzędzia rewolucji, bez których uniknięcie impasu między strachem a marzeniem nie jest możliwe.

Pomimo twoich najlepszych prób, przyjdą okresy, w których pęd będzie przymierał, i wyda ci się, że tracisz zdobyty wcześniej teren. W trakcie "fazy ubywania", nie panikuj, ani nie poddawaj się. Znajdź odpowiednie tempo i uznaj ten etap za część życiowego cyklu; w końcu przejdzie. Przeżyj to z innymi, z którymi trzymasz się razem, koncentrując się na trwałych projektach, które możesz rozpocząć bez tłumu współpracowników. Wykorzystaj ten okres na utrwalanie zdobytej dotąd wiedzy i do rozwijania nowych znajomości i sprawności, abyś był gotowy iść jeszcze dalej, kiedy akcja zacznie znów nabierać tempa - a na pewno zacznie.

Nie pozwól sobie wmówić, że nic się nigdy nie zmienia. Rewolucje zawsze się wydarzą, tak samo jak Ziemia będzie obracać się wokół Słońca. Jedynym pytaniem, jaki musisz sobie zadać, jest: czy będziemy w nich uczestniczyć nieświadomie, umywając ręce od odpowiedzialności za wybory, jakich dokonujemy, czy też rozmyślnie, realizując swoje sny z każdym krokiem.


niedziela, 1 lipca 2007

Miasto stu mostów, miasto stu dźwięków.

No i pojechałam. Osiem godzin w zatłoczonym przedziale ultra krótkiego pociągu (pozdro pekape!) i wysiadłam na stacji Wrocław Główny, gdzie przywitana przez lekko zniecierpliwione "to ty! (poznałem cię po włosach)" rozpoczęłam weekend od memoryzowania rynku, milczenia wobec cynamonowych ciastek, i piwa w otoczeniu Anglików. Acha, i matematycznych żartów.

Nad wyjściem z dworca głównego wita Cię przemiłe "Wrocław wita", podobny napis widnieje neonem na budynku na przeciwko. Najłatwiej i najnaturalniej dla mnie chyba będzie ciągłe porównywanie Wrocławia i Warszawy - porównywanie, na tle którego Warszawa wychodzi całkiem słabo (lecz być może to chwilowe - nie widziałam zbytnio minusów Wrocławia, a nie ukrywajmy, na pewno takie są).

W piątek wieczorem nie zwiedzałam jednak zbytnio, udałam się na jubileuszowy koncert Kanału Audytywnego. Zaprawdę, powiadam wam, koncert ten zapisze się na bardzo długo w mojej pamięci. Na bilecie stało 20-22, w rzeczywistości koncert zaczął się po 21, a trwał prawie cztery (!) godziny, stając się w ten sposób najdłuższym koncertem w pięcioletniej historii Kanału Audytywnego, oraz klubu Firlej, w którym wszystko się odbyło.

Dźwięki, melodie, rytmy, stuki, puki, skrzypy, brzdęki, harmonia, dysonans, wszystko w oprawie świetlnej i pomarańczowych kostiumach, z początku na siedząco, później pełna stojącą parą. Pełnia podziwu i niedowierzania, gdyż wiekszość utworów (ponad trzydzieści) otrzymała zupełnie inne brzmienie, niż to na studyjnych płytach wyglądało.

Potem przyszło marznąć na przystankach i przysypiać w autobusie, ale koniec końców udało się dotrzeć do miejsca spoczynku. Wrocław to bardzo przyjazne miasto - tutaj kasowniki nie chcą kasować biletów turystom, oszczędzając ich pieniądze, tutaj w centrum czerwone światło dla pieszego nie istnieje.

I od czego by tu zacząć...

Ostrów Tumski jest całkiem interesujący; najbardziej spodobało mi się pewne niepisane prawo z XV wieku, które zapewnia azyl na wyspie wszelkim przestępcom. Nie wiem jak to jest z seryjnymi mordercami, ale prawa tego przestrzega policja i straż miejska w przypadku pijącej alkohol wśród kościołów młodzieży i na wyspę się nie zapuszcza. Widok z wyspy w nocy jest miły dla oka, szczególnie przy czystym niebie.

Cały Wrocław opanowały krasnale, hołd dla Pomarańczowej Alternatywy. Są syzyfki, czyli dwa skrzaty pchające tą samą kulę w przeciwne strony, jest rzeźnik na Jatkach (o których za chwilę), kilka z nich wspina się po lampach, jest też muzyk, grający na mandolinie, oraz meloman, przysłuchujący mu się w skupieniu. Jak dla mnie, bardzo sympatyczna inwazja, szkoda tylko, że krasnale zupełnie nie są rozmowne. Gościnne też nie, stukałam w drzwi, ale nikt mi nie raczył otworzyć.

Jatki, jak nazwa wskazuje, były kiedyś rzędem rzeźni; obecnie, na szczęście, krwi tam nie zaznasz, znajdują się tam natomiast autorskie galerie. Na końcu uliczki postawiono całkiem nietypowy pomnik: odlana grupka różnych zwierząt otacza tabliczkę z napisem KU CZCI ZWIERZĄT RZEŹNYCH - KONSUMENCI. Nie skomentuje ironii, zamiast tego po prostu pokażę zdjęcia:










Spodobała mi się też rzeźba na hali targowej, nie dlatego, że posiada dla mnie jakieś fenomenalne waloy artystyczne, ale dlatego, że tak bardzo zachęciła gołębie, które w sumie rzeźbę współtworzą.


Zdaję sobie sprawę z tego, że zdjęć jest mało, i że nie są wybitne, ale postanowiłam skoncentrować się w tamten weekend na przeżywaniu, a nie zbieraniu wrażeń. Dlatego nie ma żadnych zdjęć z koncertów (w sobotę grało Tarwater), dlatego nie ma żadnych zdjęć rynku, który odwiedziłam również w sobotę, aby napić się pysznego pszenicznego piwa w Spiżu, kiedy to nagle zaczęło lać, i nagle przestało. Nie mam pojęcia, gdzie pochowali się ci wszyscy ludzie, którzy zniknęli z pierwszymi kroplami deszczu, a pojawili się równie nagle, gdy tylko deszcz przerodził się w mżawkę. Siedząc w ogródku piwnym w trakcie tego deszczu poczułam napełniającą mnie pozytywną energię, bynajmniej nie pochodząca od piwa, raczej od widoku rynku ozdobionego całym tym deszczem. Zabawne, bo nie potrafię tego wytłumaczyć. Cóż, bywa. W każdym razie, wsiadałam do pociągu powrotnego z przeświadczeniem, że to był naprawdę bardzo mile i ciekawie spędzony weekend.


Ps. Bardzo serdecznie chciałabym podziękowac Tomkowi oraz Tomkowi za oprowadzenie mnie po tym pięknym mieście. :-)

Ps2. Bardzo współczuję Wrocławiakom nieszczęścia do nowych fontann; zaprawdę, powiadam wam, ohydztwa!

sobota, 30 czerwca 2007

Też myślałam, że jest okropne, dopóki nie spróbowałam.

Tak, wrzucam przepis na zupę-krem z sałaty. Brzmi dziwnie? Wiem! Bardzo sceptycznie do przepisu podchodziłam, ale że dziś na szembeku Paweł znalazł trzy skrzynki sałaty, coś trzeba było z taka ilością zieleniny zrobić. Tak powstała naprawdę smaczna zupa. I tak nie uwierzycie w moje zapewnienia, więc przejdę od razu do sedna ;)


Składniki:

3 cebule
2 pokaźne sałaty
sól, pieprz, łyżka cukru
mleko sojowe (opcjonalnie, ja zaszalałam z waniliowym)
mąka
olej
litr wody

Wykonanie:

W rondlu poddusiłam pokrojoną cebulę, w międzyczasie szatkowałam byle jak dokładnie umytą wcześniej sałatę oraz wstawiłam wodę. Gdy cebula była gotowa, wrzuciłam na wierzch zieleninę, docisnęłam, dodałam łyżkę soli, sporo pieprzu i cukier. Po dwóch-trzech minutach zalałam wszystko gotująca się wodą, przykryłam, i zostawiłam na pół godziny.

Zdjęłam z gazu i przecedziłam wywar przez sitko do garnka, zaraz był mi znów potrzebny. To, co zostało, zmiksowałam na gładką masę, i wstawiłam z powrotem na mały gaz.

Zrumieniłam na patelni nieco mąki. Do zmiksowanej papki dolałam powoli wywar, cały czas mieszając, po chwili dodałam też mąkę i nieco mleka sojowego (jak się okazało, waniliowe mleko sojowe naprawdę tam pasuje. Uau, a jednak miewam dobre pomysły). Wszystko chwilę jeszcze postało sobie na małym gazie, i proszę bardzo, kto by się spodziewał, że to zjadliwe będzie?

Szczerze polecam.

czwartek, 21 czerwca 2007

wtorek, 19 czerwca 2007

Beauty Kit (i inne takie).

Adbusters wypuścili z półtora tygodnia temu zestaw czterech krótkich spotów ukazujących rzeczywistość dziewczęcej niewinności i beztroskości w Stanach (hyhy, jak to zabrzmiało). Przerażające, coraz młodszym dziewczętom każe się wypełniać wygórowane i w sumie odcięte od rzeczywistości kanony współczesnego piękna pod groźbą utraty szczęścia i dobrego samopoczucia, wyrastających z zadowolenia z własnego ja. Spoty prezentują bardzo fajny kontrast między konwencją reklam lalek Barbie a faktyczną zawartością zestawu małej pięknisi.



Dziesięcio-, dwunastolatki biegają po podwórku, brudzą się, uczą się przeklinać i czytają "Dzieci z Bullerbyn" i "Przygody Tomka Sawyera" (no, przynajmniej za moich czasów tak było), a nie chodzą z mamusiami do kosmetyczek i fryzjerek. Cóż, w Polsce nie ma takiej presji na wszelakie konkursy piękności, podczas gdy w Stanach panuje na ich punkcie absolutna mania, tyczy się to również konkursów dziecięcych, począwszy już od siódmego/ósmego roku życia (w tym momencie gorąco polecam film Little Miss Sunshine).

Przypomina mi się też jeden z reality show produkcji MTV - My Super Sweet Sixteen (linkować do strony programu nie będę, bo przed chwilą strona mtv.com zawiesiła mi przeglądarkę, dzięki Buddo za automatyczne zapisywanie postów w bloggerze). Każdy odcinek to inna rozpuszczona piętnastolatka z nadzianymi rodzicami opowiadająca o przygotowaniach do jej szesnastych urodzin. Każdy odcinek to targowisko próżności, pokaz rozpuszczenia i totalnego egocentryzmu. Włos się na głowie jeży. Każde z dziewcząt patrzące do kamery i mówiące z głęboką wiarą we własne słowa, że jest najważniejsze, najpiękniejsze na całym świecie, że jej rodzice dadzą jej wszystko, co chce, że może mieć wszystko, że nosi tylko markowe ubrania od znanych projektantów, że na 16te urodziny dostanie BMW... Brrr! MTV od dawna ma u mnie ogromnego minusa za promowanie czysto konsumpcyjnego, wielce materialistycznego i praktycznie hedonistycznego stylu życia. Na IMDB program ten osiągnął zawrotną ocenę 2,3/10.

A tak na marginesie, wracając do początku posta, Adbusters od jakiegoś czasu sprzedaje własną linię trampek - czarnych, ekologicznych, pozbawionych loga. Cóż... jeżeli "No logo" mógł stać się marką, tak samo stanie/stało się już (?) z brakiem loga. Z jednej strony inicjatywa, jaką jest promowanie produktów pozbawionych loga, i do tego przyjaznych środowisku, jest jak najbardziej słuszna - człowiek przestaje być wtedy chodzącym bilbordem - ale z drugiej strony... adbusters i produkt, adbusters i produkt, adbusters i produkt... wam też coś dziwnego dzieje się z żołądkiem na dźwięk takiego połączenia?

No właśnie.

A może po prostu znowu przesadzam z czarnowidzeniem. Pewnie niedługo zabiorą mi licencję.

poniedziałek, 18 czerwca 2007

Radykalne podwieczorki w Infoszopie.

od 14 czerwca w każdy drugi i czwarty czwartek miesiąca zaczynają funkcjonować otwarte spotkania anarchoekologiczne w praskim infoszopie. co dwa tygodnie będziemy starali sie zaprezentować w formie krótkiego wykładu jakieś interesujące zagadnienie, pokazać film, przeprowadzić dyskusje, zaprosić gościa czy po prostu planować wysadzenie stołecznych makdonaldow. podwieczorki nie maja sztywnego charakteru wykładu, są to raczej mniej lub bardziej spontaniczne spotkania osób związanych z zagadnieniami ekologii, zielonego anarchizmu, wyzwolenia ziemi zwierząt i ludzi bądź osób zainteresowanych tymi zagadnieniami. za każdym razem można liczyć na dawkę edukacji teoretycznej i praktycznego snucia planów. jeśli nie wiesz co akurat jest zaplanowane wpadnij a na pewno będzie o czym pogadać.

14 czerwca o 18stej ruszamy z wielką pompą-zapraszamy na potlak (otwarte wegańskie przyjecie kulinarne oparte na zasadzie dobrowolnej wymiany pokarmów) i dyskusje niespodziankę:)do zobaczenia
infoszop praga, targowa 22
infoszop.bzzz.net
w razie pytań myspace.com/warsawvegans



W ostatni czwartek odbyło się pierwsze spotkanie, pompa była dosyć skromna, ale nie od razu Kraków zbudowano. W następny czwartek, 28 czerwca, spotkamy się znowu, szczegóły odnośnie formuły spotkania ukażą się niedługo - pewnie po weekendzie. Oczywiście, wszyscy mile widziani. Fajnie by było, gdyby radykalne podwieczorki przetrwały wakacje, i stały się normą warszawskiego półświatka, że też się tak wyrażę. Pożyjemy zobaczymy, miło będzie ujrzeć jakieś nowe twarze.

niedziela, 17 czerwca 2007

Wakacje!

Tak sie składa, że we wtorek mam ostatni egzamin, i kiedy wyjdę z tamtej sali około 19stej, to będzie to początek moich wakacji. Zebranie kilku wpisów to nie jest coś, czym trzeba się denerwować. Wyniki również.

Jak to zwykle w moim przypadku bywa, wszystko dzieje się na ostatnią chwilę. Do niedawna myślałam, że przez całe trzy miesiące będę kiblować w Warszawie, ale okazuje się, że wcale tak się nie stanie. Większość lipca spędzę poza domem, o czym niedługo napiszę więcej, być może trafię do Bratysławy, fajnie, bo oczywiście nigdy tam nie byłam. Z czerwcowych jeszcze planów natomiast - najbliższy weekend spędzam we Wrocławiu na Wrocław Non Stop, obszerna foto-słowotoko-relacja przewidziana.

Sierpień miałam nadzieję spędzić nad morzem, sprzedając rozkrzyczanym małym snobiątkom łopatki i inne takie zabawki, ale okazało się, że szef zwinął biznes, więc nici z co wieczornego chlania i dyskotek. Aż dwóch na całą Jastarnię. Szkoda. Ale być może wybiorę się na obóz antygraniczny na Ukrainę, a później na letni obóz FA. Jak zdobędę namiot, jeszcze takowego nie posiadam. W międzyczasie może zawitam do Rospudy, gdyż pod koniec lipca znowu rusza obóz.

Aha, jest jeszcze Piaseczno Open HC Fest i DIY Fest w Trójmieście.

Mimo wszystko, fajnie by było trochę popracować przez wakacje - razem z początkiem nowego roku akademickiego planuję się bardziej usamodzielnić (czyt: wyprowadzić się), i dobrze by było mieć co nieco w portfelu, tak na czarną godzinę. Być może we wrześniu odwiedzę ciocię pracującą w Szwecji i gdzieś się zaczepię.

W ogóle muszę się przyznać, że ostatnio dosyć optymistycznie zaczynam podchodzić do życia. W środę mamy wysprzątać infoszop, więc pewnie zmienię zdanie, hehe.

piątek, 8 czerwca 2007

Saska Kępa o piątej nad ranem.

Będąc nerdem i przesiadując całą noc przed kompem postanowiłam dziś rano zmienić nieco rutynę i udałam się z wiernym mi aparatem na poranny spacer po Saskiej Kępie. Lubię bardzo to, że mieszkam praktycznie w idealnym miejscu - z jednej strony blisko do centrum, z drugiej cisza i spokój oraz, co widać na załączonych obrazkach, iście sielankowy klimat. I kaczki!



Wszystkie zdjęcia tutaj.

niedziela, 27 maja 2007

Mniam mniam co ja tam mam.

Ostatnio mam trochę zaległości w przepisach, a muszę się pochwalić - czuję, że kulinarnie się rozwijam. Wczoraj np. będąc w czyjeś kuchni widziałam największą kolekcję przypraw w życiu, hehe.

W każdym razie, wrzucam nowe, łatwe przepisy. Wypróbowane, super smaczne.

Masło orzechowe

Czy nie denerwuje Cię to, że musisz bulić tyle kasy na te najlepsze wegańskie przysmaki? Mnie bolało, szczególnie na masło orzechowe, które kosztuje całkiem sporo, a znika ze słoika nad wyraz szybko. Na szczęście, masło robione samemu jest o połowę tańsze. Inną zaletą jest, hihi, większa kontrola nad konsystencją i smakiem masła - sama solisz/słodzisz/oleisz do smaku.

Składniki:

orzechy - ziemne, polecam jednak dodać garść np, nerkowców
olej - jakikolwiek, słonecznikowy daje radę
sól/cukier/nic
ewentualnie rodzynki

Przygotowanie:

Maksymalnie proste! Nie musisz nawet prażyć orzechów, chociaż podobno można; w każdym razie dla mnie to już zbyt dużo roboty. Zen masła orzechowego polega na połączeniu ying orzechów i oleju z yang blendera. Oleju dodaj najpierw tylko trochę, aby blender załapał, a później dolewaj według uznania. Obydwie wersje: super gęsta, jak i rzadkia i super tłusta są przepyszne, druga tym bardziej, jeżeli po zmiksowaniu dodasz trochę rodzynek, najlepiej królewskich.

Ostrzegam: i tak połowa zawartości zniknie zaraz po zrobieniu ;)

poniedziałek, 21 maja 2007

Tum tum tum tum tum tum tum tum

Najpierw Rospuda.

Teraz kolejka na Kasprowym Wierchu.

I zastanawiam się, kiedy w końcu ockniesz się i do ciebie dotrze, że park narodowy nie został parkiem narodowym, abyś miała gdzie jeździć na wycieczki; że obszar chroniony nie został obszarem chronionym, abyś miała gdzie robić sobie fajne zdjęcia lub jeździć na narty.

Wybudowanie większej kolejki oznacza większe możliwości przewozu turystów-pasożytów, prawdopodobnie wymusi to rozwój tamtejszych stoków narciarskich i dalszą degradację środowiska...

Ile jeszcze będziemy torturować inne jednostki, uszczuplając im regularnie przestrzeń życiową tylko dlatego, że nie wyglądają tak jak my, nie potrafimy się z nimi porozumieć i koniec końców uważamy je za gorsze i mniej ważne od nas, Wielkich Panów.

Ursula Le Guin w jednym ze swoich opowiadań ogniska działalności ludzkiej opisuje z perspektywy innych gatunków jako dziury w przyrodzie, ciemne, puste, napawające strachem. Trafne, nieprawdaż? Wałęsanie się po obszarach chronionych w celu spędzenia miłego popołudnia to wynik dużego nieporozumienia. Nawet jeżeli - jak w Stanach Zjednoczonych na początku XX wieku - pierwsze obszary chronione powstały z przyczyn ekoestetycznych, to obecnie przecież sytuacja wygląda inaczej i motywowanie istnienia tych obszarów taką argumentacją oznacza brak posiadania wystarczającej świadomości ekologicznej. Obszar chroniony ma chronić to, co jest w środku przed tym, co jest na zewnątrz - to raczej logiczne. Jednakże hordy turystów czy ludzie, którzy na te hordy zezwalają, zdają się nie tą regułę ignorować.

Fakt przeprowadzenia przez PiS referendum w sprawie Rospudy tylko w jednym województwie to rażący przejaw antropocentrycznej ignorancji. Nie chodzi o to, że prawo do decydowania o "tak cennym ekologicznie obszarze" należy do całego państwa - bo prawda jest taka, że nie należy do nikogo. Obszar chroniony pozostaje obszarem chronionym. W polskich realiach, obszar chroniony pozostaje obszarem chronionym dopóki ktoś nie wykombinuje, jak możnaby na nim zarobić.

Ponieważ granic nie ma w naturze - granice państw to rzecz narzucona przez człowieka - ograniczanie tak ważnych dla całego ekosystemu decyzji do lokalnej (holistycznie patrząc) społeczności jednego "państwa" nie ma nic wspólnego z naturą i naturalnym porządkiem.

Z jednej strony gdzieś w środku zwiększa mi się pokład żalu i smutku z powodu faktu, że tak wolno zmienia się świadomość człowieka. Zastanawiam się nawet, czy zmieniła się ona w ogóle przez ostatnie kilka wieków. Oglądanie coraz kolejnych popisów ekogwałtu* każe mi wątpić w skuteczność podejmowania jakichkolwiek działań. Z drugiej strony, nie mogę się doczekać, aż wszystko teatralnie zawali się z przeraźliwym BUM! i będę mogła umrzeć spokojnie ze świadomością, że dostaliśmy za swoje.


----
* Wybacz dramatycznie słabe neologizmy w tym tekście.