poniedziałek, 1 stycznia 2007

Dzieci rewolucji kontratakują - prosimy ustawić się w kolejce do schronu.

Są takie chwile w życiu, kiedy chciałabyś za wszelką cenę, aby czas się zatrzymał. No, że czas ma cię absolutnie w dupie, to pewnie dosyć szybko zauważasz. Żałujesz czy nie, kiedy budzisz się następnego dnia, wszystko wydaje się być jak nie z tego świata; jak koszmar z Ciasteczkowym Potworem albo wręcz przeciwnie - jeden z tych rzadkich snów o lataniu, gdzie ani nie znosi cię wiatr, ani nie wpadasz w turbiny samolotu.

Takie chwile są dla ciebie ważne, bo akurat doznajesz emocji o niespotykanym dla siebie natężeniu. Czasami kończy się tylko na tym, czasami jednak dociera do ciebie, że chodziło o coś więcej. Może dotrzeć od razu lub po kilku godzinach, mogą to być jednak dni, tygodnie... Mogło w ogóle nie dotrzeć, czasami tak też bywa.

Co to miało być?

Dobre pytanie. Nie chcę tutaj trącać demagogią, grafomaństwem czy nadwyrężać filozoficznego relatywizmu. To coś może być wszystkim, od zmiany podejścia do jakiejś sprawy, przez nagłe dostrzeżenie kogoś lub czegoś, do totalnej, absolutnej rewolucji.

U mnie zanosi się właśnie na totalną, absolutną rewolucję. Dotarło do mnie, że zawsze chciałam żyć inaczej, jednakże nigdy nie miałam tyle przysłowiowych jaj, żeby wykonać te kilka kroków i żyć tak, jak zawsze marzyłam. Oczyma wyobraźni widziałam siebie zupełnie gdzieś indziej, zachowującą się w inny sposób; widziałam siebie zupełnie inaczej, niż gdy patrzyłam w lustro.

I ktoś, kto najprawdopodobniej nie ma o tym pojęcia, przyczynił się do tego, że tak powiem, objawienia. Z tym, że teraz nie skończy się na myślach; prędzej skisnę.

Mało osób zauważy tą zmianę, mało osób zna mnie dobrze i szczerze mówiąc, mało osób ta zmiana zainteresuje. I dobrze, chodzi przecież o mnie. Ważne, że dla mnie jest to istotne.

Wiem, to było dosyć osobiste. Ale tak myślę sobie, że gdybym zaczęła zastanawiać się nad tym wszyskim X lat temu i bez niczyjej (świadomej bądź nie) pomocy doszłabym do wniosków, jakie wyciągnęłam z "tego czegoś", nie popełniłabym wielu błędów, jakie popełniłam, i których, mimo usilnych chęci zagrzebania w najgłębszych i najciemniejszych zakamarkach pamięci, nie jestem w stanie przestać żałować.

To będzie dobry rok. To niby tylko numerki i umowne daty, i mnóstwo osób bojkotuje noworoczne postanowienia. Rozumiem to, bo sama wiele razy tak robiłam, jednakże człowiek jest tak skonstruowany, że potrzebuje jakiejś doniosłej okazji aby postanowienia (które tworzy również na codzień) nabrały jakiejś mocy sprawczej, i były po prostu poważne. Cóż, ja się wpisuję w ten schemat, i mam nadzieję, że uda mi się spełnić chociaż jedno ze swoich postanowień. W sumie to mam tylko jedno...

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

:)


-Mr Happy Angel

Jędrek pisze...

:)

-Jędrek